Czas na Malezję!

Czas na Malezję!

Gryzą mnie od wczoraj wyrzuty sumienia po tym co napisałam o protestantach w Bangkoku. Przypadkowo znalazłam się tam znowu (wsiadłam do pierwszego autobusu który nadjechał) i byłam świadkiem wielkiego happeningu i marszy. Zabawne, pomyślałam sobie, że prawdopodobnie wytrzeźwieli i ruszyli tyłki. Potem dowiedziałam się od Evana o dzisiejszych wyborach i że od wczoraj nie ma sprzedaży alkoholu, by ludzie szli trzeźwi do urn. O tym, że nie można kupić alkoholu poinformował mnie gdy wychodziłam wieczorem do sklepu po lody. Nie wiem kiedy wyrobiłam sobie złą opinie..

A jednak spotkała mnie kara za rządzenie się w kuchni i lodowce Evana: zeszłam tam rano po moje banany ale te tajemniczo zniknęły. Miałam duże szczęścia, że na rogu ulicy stała babka z owocowym straganikiem i ostatnią kiścią bananów. Wszystko poza tym zamknięte, z wyjątkiem oczywiście tajskiej ‘’Żabki’’.

Facet od domku w dżungli nie daje mi spokoju od kilku dni więc dla świętego spokoju godzę się na 1 noc w dżungli. Najbardziej przekonała mnie prywatna plaża nieopodal i woda kokosowa bez ograniczeń oraz poranna joga i lekcje Tai Chi. Ponieważ nie ma tam bieżącej wody i zapewne szaleniec wypełni mi kompletnie czas swymi rozrywkami, dlatego już wczoraj zrobiłam sobie paznokcie malując na rubinowo (‘’a kogo to w dżungli obchodzi?’’) oraz inne zabiegi piękności. Spakowałam wielką torbę bo już sama nie wiem jak długo posiedzę na wyspie Penang, tym bardziej, że na zaproszenia i darmowe noclegi nie mogę narzekać. W dodatku 40-stopniowe upały w Bangkoku powoli odbierają mi chęć do życia i jedynym rozsądnym pomysłem jest trzymanie się plaży i wody. Jeszcze nie wiem jaki naprawdę okaże się mój pociąg do Malezji ale zdjęcie znalezione w internecie odpowiada temu co mi obiecano.

Reklamy

Obrazek

”Protest” wg Tajów

Obrazek

 

Po czterech ledwo przespanych ostatnio nocach padłam wczoraj jak komar zaraz po ‘’wieczorynce’. Zdążyłam wypić zaledwie pół małego piwa po czym usnęłam na 13 godzin z butelka w ręce. Genialnym pomysłem było kupno pokrojonych owoców wczoraj wieczorem i upchniecie ich w lodówce Evana (bez pytania o zgodę oczywiście), dzięki czemu śniadanie miałam dziś pod ręką a nie kilometr od hotelu. Zostałam co prawda przyłapana na gorącym uczynku dziś rano rządząc się w kuchni, ale Evan  był widocznie tak zdumiony moja bezczelnością, że nie zdołał wyksztusić ani jednego słowa.

Od kilku dni próbuję kupić nowe sandały ale zaczynam powoli wierzyć, ze numery butów kończą się tu na rozmiarze 38…Wrodzony upór nie pozwala mi się jednak poddać więc wczoraj po raz kolejny wyruszyłam w kierunku upatrzonego wcześniej bazaru. Widząc gigantyczny korek porzuciłam czekanie na autobus i polegając na własnej intuicji i orientacji w terenie (‘’co takiego..!?’’), postanowiłam przejść dwa przystanki piechotą. Oczywiście zbłądziłam i zamiast na bazarze wylądowałam na proteście, który od miesięcy toczy się w Bangkoku.

O tym, że to protest a nie festyn na Dzień Strażaka dowiedziałam się potem od starych hippisów. Idąc w kierunku bazaru usłyszałam muzykę dudniącą po drugiej stronie drogi szybkiego ruchu oraz poczułam darmowe jedzenie. Więc ignorując grożący palec policjanta, przeskoczyłam przez balustradę i znalazłam się w centrum jakiegoś festynu rodzinnego, który w miarę posuwania się naprzód przypominał bardziej Woodstock w trzecim dniu. Brakowało tylko taplania w błocie. Ochrona miała na twarzy ten nieznikający uśmiech, który tylko dobre zioło potrafi wywołać. Wszyscy, łącznie ze strażnikami bujali się w rytm muzyki, nawet kucharki serwujące darmowe posiłki. Chwilowo odpuściłam sobie stanie w gigantycznej kolejce po noodle by sprawdzić co się dzieje pod sceną. Mimo, że nie zauważyłam żadnego obcokrajowca to moja obecność nie wywołała żadnego zainteresowania. Każdy był w swoim świecie.

Choć bawiłam się super i dostałam darmową wodę to muszę podzielić się pewną refleksją: protest zgromadził przede wszystkim patologię i nierobów, którzy koczują tam na koszt państwa od miesięcy i zdążyli z pewnością zapomnieć o celu protestu. Perspektywa darmowego jedzenia i picia, spotkania ze znajomymi, codziennych koncertów oraz masaży z olejkiem bezkonkurencyjnie wygrała z pomysłem chodzenia do pracy i jest też świetną wymówką by jej nie szukać. Najciekawsze jest to, że nie minęłam w tłumie kogoś z inteligentnym czy choć normalnym wyrazem twarzy a za to samych popaprańców. Nic dziwnego, że protest ma charakter pokojowy skoro wszyscy są upaleni lub tak napici, że nie mogą stać o własnych nogach, a zainteresowanie tym co dzieje się na scenie jest większe od zainteresowania losami kraju.

ObrazekObrazek

Ps. Sandałów oczywiście nie kupiłam.

 

 

 

 

”Say NO to drugs!”

''Say NO to drugs!''

Napis na puszce z sokiem pomarańczowym zaintrygował mnie więc spytałam chłoptasia sklepowego, który łaził za mną krok w krok, o co chodzi. Ale ten tylko błysnął podejrzanie oczętami i strzelił tajemniczym uśmiechem. Nigdy nie dowiedziałam się o cel umieszczania kampanii antynarkotykowej na niewinnym soczku pomarańczowym i na wszelki wypadek odstawiłam go z powrotem na półkę.

Obrazek

Nie…Serio???

Nie...Serio???

Serio. To co dla nas jest logiczne, nie koniecznie może takie się wydawać Azjatom, którzy przywykli do tzw. ”ubikacji kucanej”. ”Ekhmm, czyli mam nie stawać tym razem?”

eastern style toilet

Obrazek

”Home Stay”

''Home Stay''

Oto moja ”cela” w hotelu o głęboko zastanawiającej człowieka nazwie ”Home Stay”. Tak, to tu ukrywam się przed upałami i pracą. Jak widać nie ma mowy o ”przestrzeni życiowej” i założę się, że więźniowie polityczni na Ukrainie mają lepsze warunki, za które w dodatku nie muszą płacić. Ciemny prostokąt nad łóżkiem to tylko iluzja okna. Tak naprawdę wchodzą przez szpary w nim tylko karaluchy i hałas. Na szczęście po incydencie z karaluchem Evan obniżył mi czynsz i nawet nie ściga jak zalegam z zapłatą. A zalegam.

Obrazek

Ali Baba i 40 rozbójników

Ali Baba i 40 rozbójników

Choć nadal nie mam pracy ani ‘’sponsora’’ to kontynuuję życie celebrytki na wakacjach. Mogłabym przecież taniej kupić kawę ze stoiska na chodniku ale ja przecież ‘’muszę usiąść’’. Więc zachodzę do kafejki Amazon ulokowanej w środku narożnego Tesco i wciskam tyłek, który chyba ”urósł” od ilości pochłanianego przeze mnie ryżu, w maleńki fotel.

Nie mając ze sobą laptopa ani nic do czytania zaczynam gadać sama ze sobą, popijając kawę która nie jest wcale lepsza od tej straganowej. ‘’Schodzimy’ na poważniejsze tematy czyli sprawy wizowe. Bo coś mnie nagle tknęło by sprawdzić termin ważności mojej wizy tajskiej. Zaglądam do paszportu, który muszę mieć tu zawsze przy sobie i zamiast znaleźć datę końca kwietnia odkrywam jakiś prima aprilisowy żart! Bo pieczątka w paszporcie wyraźnie mówi, że mam się wynieść do 1-go kwietnia. Zerkam do kalendarza w telefonie i dowiaduję się, że zostało mi zaledwie kilka dni. Do granicy z Kambodża, gdzie wystawiono mi wizę, jest kawal drogi więc nie mogłam sobie wpaść ‘’tak o’’ i zrobić awanturę, jak to ostatnio mam w zwyczaju.

Mam za mało czasu by zaaranżować ślub z tubylcem więc pozostaje mi albo kupno nowej wizy na nocnym markecie albo przekroczenie granicy z jakimś państwem. Decyduję się na to ostatnie i robię rozeznanie w internecie zaraz po powrocie do hotelu, szukając jak najtańszej i najmniej uciążliwej opcji. I gdy psychicznie zaczęłam się już nastawiać na podróż do Birmy, która rzekomo miałaby spełniać moje warunki, dowiaduję się od znajomego, że jeszcze lepszą opcją jest Malezja. Nie tylko dlatego, że za wizę się nie płaci, ale znowu czeka mnie plażowanie oraz około 23- godzinna jazda pociągiem sypialnym. Jakoś pominęłam fakt, że do tego wszystkiego dochodzi zwiedzenie kolejnego kraju, bo od jakiegoś czasu wszystko mi się zlewa i egzotyczne wydają mi się już tylko dzieci ‘’białych’’. Bez względu na to jaką granicę przekraczam ostatnio, zawsze znajduje to samo: palmy, ryż, Azjatów, tuk-tuki, upał, małpy, uliczne jedzenia i salony z masażami, jeden obok drugiego zresztą.

Mając świadomość ‘’zaoszczędzonych’’ pieniędzy a czując niedosyt podróży i wrażeń zaczynam rozważać zwiedzenie jeszcze jakiegoś kraju przed powrotem do Polski pod koniec kwietnia. Choć nie wyobrażam sobie na razie życia poza Azją to jeszcze bardziej nie widzę się w roli nauczycielki w jakiejkolwiek już szkole lub reklamującą np. chińskie zupki lub ketchup w bikini przed aparatem ‘’Żółwika’’. Chodził mi ostatnio po głowie Nepal ale nie do końca wiedziałam jak to rozegrać z moimi torbami, które od miesiąca przechowuje mi Evan w Bangkoku. A nawet gdy się uparłam i próbowałam zarezerwować bilet do Katmandu to za każdym razem pojawiała się informacja o jakimś błędzie. Wzięłam to za ‘’znak’’, że widocznie nie teraz pora na Nepal i dałam sobie spokój.

Poza tym musiałam przyznać się sama przed sobą, że gdziekolwiek nie pojadę to będzie to samo: leniuchowanie w łóżku, spacery do barów, surfowanie po internecie i obowiązkowo żadnego ‘’zwiedzania’’ (odkryłam też ostatnio, że nie jestem w tym sama – okazuje się, że inni podróżnicy w moim hotelu też przesiadują w pokojach całe dnie walcząc o przeżycie z pomocą wiatraka włączonego na max). I wtedy przemyka mi przez głowę myśl, która jakoś chyba nie mogła znaleźć ujścia i już w mej głowie została: polecieć do Dubaju na dwa- trzy dni by zobaczyć show, w którym mój znajomy pierwsze skrzypce!

Zamiast skontaktować się z psychiatrą loguję się na moje konto na CS (www.couchsurfing.org) i szukam darmowego noclegu. Znajduję jakiegoś uczciwie wyglądającego Araba ze świetnymi referencjami i wysyłam mu zapytanie podając daty ewentualnego przylotu oraz wylotu. Zaznaczam też opcję by moje zapytanie poszło na cały Dubaj gdyby się okazało, że ‘’Abdullah’’ nie może mnie ugościć. Potem jeszcze znajduję na liście Polaka i jemu też wysyłam zapytanie. Wcześniej oczywiście dzwonię do ambasady Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) by się dowiedzieć o kwestię wizy i słyszę, że tym powinien zająć się mój hotel lub ktoś u kogo się zatrzymam.

Zadowolona i dumna ze swej produktywności tego ranka gaszę laptopa i wychodzę coś zjeść na główną ulice. Zdrada mego ‘’zaprzyjaźnionego’’ baru szybko zostaje ukarana, bo w tym do którego zachodzę dostaję letni ryż i warzywa, które dodatkowo pływają w tanim oleju, a na to wrzucono po macoszemu niedosmażone, pokryte jakimś brudem jajo. Kuchara jeszcze nie wie, że nie znoszę gdy na moim ryżu cokolwiek leży, a tym bardziej coś tłustego, ale moje spojrzenie mówi wszystko ( a na pewno to, że już nigdy tam nie zjem). Kelnerka próbuje odwrócić moją uwagę szklanką wody z lodem, ale jestem niepocieszona. Zjadam tylko żółtko i kilka ziaren ryżu, za które kiedyś jej dziadek prawdopodobnie walczył. I tylko dlatego je zjadłam. Potem płace 40 bht choć obiad był wart może cztery i to głównie za wodę z lodem. Wiedząc, że w ‘’moim’’ barze płacę za to samo 15bht, 40 wydaje się wręcz przestępstwem. A tam dostaję ciepły ryż, jajko usmażone ‘’tak jak lubię’’ (za co zawsze pochwalę kucharza) i kilka plasterków świeżego ogórka. Nawet nie przeszkadzają mi muchy obiadujące mój talerz.

Po powrocie do domu odpalam laptopa i jestem w szoku: skrzynka mailowa pęka w szwach od zaproszeń z Dubaju (jasne, że tylko od mężczyzn…!) i wciąż wpadają nowe. Dodatkowo większość z nich na zdjęciach profilowych wygląda jak poszukiwani listem gończym członkowie Al Qaedy. Do końca dnia nie mogłam wyrobić się ze spławianiem. Każdy oczywiście chętnie mnie ugości w swej sypialni i pokaże Dubaj, a o wizę nie mam co się martwić. Domyślam się, że o burkę też. Ale natrafiam na zaproszenie od samego ambasadora CS z ponad 200 wyśmienitych referencji potwierdzających jego uczciwość, który dodatkowo jest niczego sobie i ma dołeczki w policzkach. To mnie przekonało więc przyjmuję jego zaproszenie. Potem namawiam go na kupno biletu na show, co robię z pobudek egoistycznych bo nie chcę iść sama.

Gdy mam już zarezerwowany bilet na przedstawianie przypomina mi się, że nie mam jeszcze biletu na samolot i dalej nie wiem co z wizą. W dodatku nigdzie nie mogę znaleźć kartki z danymi do logowania na moje internetowe konto bankowe i zaczynam wierzyć, że ta kartka była wsunięta do słownika, który musiałam wywalić ze względu na przekroczenie limitu wagowego moich bagaży na lotnisku w Hangzhou w Chinach. Odpędzam negatywne myśli, powtarzam głośno trzy razy ‘’stać mnie!’’, po czym wklepuję szczegóły lotu (Bangkok-Dubaj) i po chwili o mało nie dostaję zawału widząc, że ceny podskoczyły o ponad 1000 zł za najtańszy bilet. Od razu piszę do Manu informując go o tym nieprzewidzianym problemie i wtedy zauważam, że zamiast Dubaj wybrałam Dublin z listy krajów, która mi wyskoczyła przy wyszukiwaniu.

Przemilczam tą pomyłkę, bo nie chcę by facet z dołeczkami pomyślał, że jestem roztrzepana. Bukuję najtańszy lot choć byłam przygotowana na zapłacenie tej niebotycznej sumy, nawet kosztem jedzenia suchego ryżu do końca mojego pobytu w Azji. Choć wszystkie ‘’Ali baby’’, od których dostałam zaproszenie wmówiły mi, że wiza na 14 dni będzie mnie kosztować i czeka się na nią dwa tygodnie, znajduję w internecie informację, że od 22 marca 2014 Polacy nie potrzebują oficjalnej wizy. Tak jak to jest w przypadku Tajlandii dostajemy pieczątkę do paszportu mówiącą kiedy mamy się wynieść.

Zmotywowana szerokim odzewem z Dubaju wysyłam podobne zapytanie do członków CS w George Town, W Malezji, bo czas nagli a ja bujam w obłokach i mylę priorytety. Odzew znów mnie zaskakuje, natomiast nie zaskakuje mnie, że zaproszenia pochodzą wyłącznie od płci przeciwnej. Każdy pisze, ze chciałby mnie poznać bo wyglądam na wesołą dziewczynę i myślę, że to przez moje zdjęcie profilowe na którym jestem lekko na rauszu, z wielką karafką wina obok. Zaproszenia są zarówno od nastolatków z motorem, którzy obiecują mnie obwieść po okolicy, jak i starszych panów z autem (też obiecują gdzieś wywieźć).

Dostaję też zaproszenie od kolejnego ambasadora CS, który okazuje się Chińczykiem praktykującym jogę i Tai Chi i który wydaje się żyć w jakimś zaczarowanym świecie. Spać miałabym w domku na drzewie w sercu plantacji bananów i papai. Atrakcją ma być rzekomo brak elektryczności czy bieżącej wody, wszelkie możliwe robactwo i prawdopodobieństwo spotkania się twarzą w twarz z jadowitym wężem. Dodatkowo będę mogła bez ograniczenia jeść banany i papaje, od których ponoć rośnie biust. Już miałam zaakceptować jego zaproszenie ale doczytałam, że oprócz tego muszę uczestniczyć w jakieś imprezie gdzie gwoździem programu jest obowiązkowy udział w karaoke. Więc ponieważ śpiewam jeszcze gorzej niż gotuję to jestem zmuszona zapomnieć o plantacji bananów i jadowitym wężu.

Zmęczona surfowaniem po internecie wychodzę na duszne powietrze (‘’świeże powietrze’’ jest w Azji tylko związkiem frazeologicznym) i idę do baru na obiad. Przychodzę za wcześnie by załapać się na zupę ryżową, na która akurat miałam ochotę, za to w samą porę by obejrzeć od początku do końca kolejny odcinek lokalnej telenoweli. I choć nie rozumiem ani jednego słowa to zdążyłam się już wciągnąć w losy bohaterów. Chyba na tym też polega fenomen oper mydlanych. Proszę faceta o duże jajko smażone i mało ryżu i tak jak przypuszczałam dostaje małe jajko i Himalaje ryżu. Zjadam połowę, oglądam do końca serial (oraz obowiązkowo reklamy zaraz po nim), po czym wychodzę prawie zapominając o płaceniu.

Obrazek

Szukanie pracy

Szukanie pracy

Dziś zakładam T-shirt z napisem ‘’No tuk-tuk…’’i wychodzę z hotelu. Niestety moje intencje przynoszą odwrotny skutek: kierowcy tuk-tuków drażnią się ze mną nagabując na każdym kroku. Podchodzę do jednego z nich i przejeżdżam palcem na wysokości biustu czytając mu głośno ‘’No tuk-tuk!’’ Facet coś za długo próbuję sam to odczytać więc obracam się na pięcie i odchodzę.

Jakiś wewnętrzny głos mówi mi od kilku dni, że rozsądnie byłoby sprawdzić stan konta bankowego ale podświadomość zmienia temat i przypomina, że ‘’bogactwo jest stanem umysłu’’. Więc dalej wmawiam sobie, że na wszystko mnie stać, choć mam uderzenia gorąca i trzęsące się ręce gdy wbijam numer karty Visa płacąc przez internet. Na uspokojenie nerwów i by dać odpocząć karcie kredytowej zaczynam wymieniać brytyjskie funty, które zaoszczędziłam w czasie studiów.

Jestem tak przekonująca wmawiając sobie, że mam nieograniczone środki finansowe, że prawie skusiłam się ostatnio na półgodzinną przejażdżkę konną wzdłuż plaży w Hua hin gdzie plażowałam przez dwa dni wśród niemieckich emerytów (oczywiście w skąpym bikini!) Ale w porę się opamiętałam kalkulując, że za tą samą cenę mam dwa noclegi w Bangkoku. Za to pozwoliłam sobie na luksus w postaci leżaka i parasola i teraz byłam ‘’jedną z nich’’ sącząc wielki koktajl z mango i ananasa, mając na głowie stylowy kapelusz a na nosie okulary, ‘’Prady’’ oczywiście, za około 20 zl zakupione w Wietnamie (pssst!). I w sumie dobrze zrobiłam decydując się na leżak, bo około południa plaża zaroiła się od maleńkich skorpionów.

Po powrocie z Hua hin oznajmiam Evanowi, że będę szukać pracy bo chcę tu zostać. Przy okazji próbuję wytargować niższą cenę za tą moją ‘’celę’’ bez okna i powietrza, za to z karaluchami oraz dobiegającym zewsząd hałasem przez 24/dobę. Ale on tylko rzuca mi bezczelny uśmieszek w stylu ‘’Mona Lizy’’ i przechodzi do tematu pracy dla obcokrajowców. Z własnego doświadczenia mówi mi, ze generalnie mam dwie opcje: nauczanie angielskiego oraz modelling, na co ja parskam śmiechem. Ale takie są fakty: nasz kolor skóry i nie-azjatycki wygląd zapewnia nam status celebrytów czy modeli. Mam dość nauczania angielskiego i nie znoszę pozowania do zdjęć, ale mimo to wysyłam kilka aplikacji do szkół (które nie są przedszkolami) i wyszukuję kilka agencji modeli zagranicznych. Biorę kontakty pierwszej z góry, oraz daje się przekonać Evanowi, że nie ma co dzwonić i się umawiać tylko po prostu wpaść z ulicy.

Żyjąc w swoim świecie gdzie kalendarz i zegar nie maja prawa bytu wybieram się do agencji późnym popołudniem. Jakiś głosik szepcze mi, że warto byłoby się dowiedzieć o godziny pracy agencji ale ja każę mu być cicho i podejmuje się wielkiej wyprawy, która kosztuje mnie sporo i kończy fiaskiem. Trasę i środki transportu zasugerował mi Evan, który rzekomo jest tu od 10lat i zna każda dziurę w ulicy. Najpierw łapię więc pociąg metro, potem maszeruję do stacji pociągu podniebnego z którego po trzech przystankach przesiadam się do łodzi i płynę jakieś 12 przystanków. Pociąg podniebny kosztuje mnie dwa obiady ale widoki są fajne. Po wyjściu z portu jestem w kropce i nie mam pojęcia co dalej, bo na tym skończyły się ‘’złote rady i wskazówki’’ Evana.

Dopadam trzy młodociane pielęgniarki, które akurat skończyły prace i wychodziły z kliniki obok. Ich angielski jest bardzo ograniczony ale porzucają wszystko by mi pomóc i nawet angażują szpitalnego ochroniarza, który wygląda bardziej jak kryminalista. W pewnym momencie na nieskazitelnie białą bluzkę jednej z nich ‘’narobiła’’ przelatująca mewa i gdy dziewczę rozmazuje kupę za pomocą chusteczki ja ją pocieszam mówiąc, że to na szczęście. Po czym wracam do MOJEGO ‘’problemu’’, który jest przecież ‘’priorytetowy’’.

Kończy się na tym, że ochroniarz załatwia mi skądś taksówkę i coś tam sobie mamroczą po swojemu, wiec gdy tylko auto rusza upewniam się z kierowcą, że na pewno włączył licznik. Miała to być ‘’długa droga’’ dlatego dałam się namówić na taksówkę, która zrobiła to czego się domyślałam: objechała calą okolicę i zawróciła! Gdybym szła piechota (i później właściwie musiałam) to miałabym tylko 7 minut spaceru i 50bht w kieszeni. Niby to tylko 5 złotych ale nie lubię jak mnie ktoś robi w tzw. ‘’bambuko’’, tak samo jak było na przejściu granicznym z Kambodżą. W dodatku okazuje się, ze po przejechaniu tej bezsensownej trasy kierowca staje w miejscu i pyta mnie (po tajsku!) co dalej.

Dopiero teraz wystukuję numer agencji i podaję taksówkarzowi wierząc, że ten się czegoś dowie. Zamiast tego obydwoje dostajemy ochrzan za sam pomysł przyjścia niezapowiedzianym. Facet ma dziwny akcent i nie za bardzo go rozumiem. Już nie wiem czy mam przyjść jutro czy iść do wszystkich diabłów. Ale nie miałam czasu na dyskusje, bo w tym czasie nabijał się dalej licznik w taksówce, mimo, ze staliśmy w miejscu. Wysiadam z auta zła jak osa, a po drodze kupuje 2 snickersy, bo mam w nosie modelling, za to potrzebuje cukru na uspokojenie. Po drodze zaczepiam też ‘’lokalnych’’, którzy pookazują mi inna opcję powrotu, która jest tak samo szybka za to o wiele tańsza. Jadę wiec autobusem, który choć przypomina mi o końcu lat 80-tych to jednak ma prawdziwa klimatyzację a nie wybite szyby.

Jakaś wewnętrzna determinacja i upór nie pozwalają mi się tak łatwo poddać czy spławić. Więc następnego dnia dzwonię do tego samego gościa i ‘’pytam’’ go czy mu dziś pasuje. Jest to tylko oficjalna gadka bo i tak bym poszła i wlazła oknem jakby trzeba było. Facet mnie kompletnie nie docenił. A on co na to?? ‘’Jak już tu będziesz to zadzwoń jeszcze raz i się upewnij’’. (Słucham?! To mam się tłuc na drugi koniec miasta po to by usłyszeć, że Ci nie pasuje, dupku?) Grzecznie dziękuję, wskakuję w szorty i T-shirt z jakimś idiotycznym napisem, zero makijażu czy jakiegokolwiek wysiłku. Wczoraj zrobiłam się na’’ bóstwo’’ a mimo to top-model nie zostałam.

Gdy pokonałam cała trasę od nowa i doszłam do punktu, w którym wczoraj utknęliśmy z taksówkarzem to się okazało, że jestem w zupełnie innej części miasta. Jak się dowiedziałam? Szukając numeru zagaduje do jakieś babki (i zaraz tego żałuję), która nie wie ale chce pomoc więc zaczepia swą znajomą stojącą nieopodal , a ta po długim monologu zwraca się do jeszcze innej znajomej. Tamta woła męża, a ten wyciąga zza rogu szwagra. Zaczyna się dyskusja, z której słowa nie rozumiem za to wiem jedno: nie mają zielonego pojęcia gdzie jest numer 175 a ja marnuję czas. Kończy się na tym, ze szwagier dzwoni do agencji i dowiaduje właściwej lokalizacji, po czym załatwi mi gościa na motorze i targuje cenę dla mnie. Jednak mimo to po przybyciu na miejsce ‘’motorowy’’ próbuję swego szczęścia i rzuca mi cenę wyższa o 10 bahtów. Ale szybko go uświadamiam, że nie ze mną te numery. Postawiłam się tzw. ‘’mafii’’ w Kambodży to nie będę teraz ustępować jakiemuś niegroźnemu wyrostkowi. Śmiechu warte.

W końcu dochodzi do spotkania z ‘’agentem’’, który okazuje się ciemnoskórym hippisem ze spektakularnymi dredami, a gdy wyciągam dłoń na powitanie on ją ignoruje i przybija mi ‘’żółwika’’ rzucając ‘’joł!’’. Kiepsko to widzę. Na szczęście od razu bierze aparat i prowadzi na tyły lokalu, który tak naprawdę nie jest żadną oficjalną agencją tylko hotelem z barem. Potem wracamy by dokonać formalności a wszystko odbywa się na ciasnej sofie, na której siedzi jeszcze jakiś ‘’upalony’’ stary hippis, wytatuowana Azjatka oraz prawdopodobnie jej kochaś, Rosjanin. Zresztą wszyscy wyglądają i zachowują się jakby byli ‘’upaleni’’ i tylko czekam aż mi coś zaproponują. Na szczęście nic takiego nie następuje, wiec po wstukaniu swoich danych i odpowiedzeniu na kilka głupich pytań agenta szybko się stamtąd zawijam.

W międzyczasie dostałam też odpowiedź na moje aplikacje do szkól i okazało się, że mogłabym zacząć pracę w jednym z dwóch gimnazjów już w połowie maja, podpisując kontrakt na rok. Rozmowa kwalifikacyjna odbywała się przez skypa, a że agentka mnie nie słyszała to zdecydowałyśmy się na formę pisemną. Było to tak niedbale i nieprofesjonalne z jej strony, jakby kompletnie zapominała, że czekam po drugiej stronie. Nie lubię marnowania czasu więc zabrałam się za odpisywanie na zalegle maile, przeglądanie facebook’a oraz planowanie dalszych podróży. Chciałam jej w sumie podziękować już na samym początku gdy mnie zapytała, czy potrafię kontrolować grupę około 45 zepsutych nastolatków. Odpowiedz brzmi oczywiście ‘’NIE! W ŻYCIU!’’ i nie mam ochoty lądować z deszczu pod rynnę.

W porze obiadowej czyli około 18 zachciało mi się znowu jajecznicy z pomidorami, a wiedziałam, ze żaden uliczny bar nie ma tego w ofercie. Jednak zagaduję babkę przy pierwszym napotkanym stoisku czy by mi nie zrobiła, ale pech chce, że ona tego wieczoru nie ma pomidorów. Próbuję kawałek dalej i tym razem wszystko jest , jednak facet kompletnie nie wie jak się do tego zabrać, mimo, że podstawiam mu pod nos wyraźne zdjęcie. Więc mówi do mnie jak niegdyś Piętaszek do Robinsona Cruzoe ‘’ok, ale ty gotować’’. No nie! Tego to nawet ja nie przewidziałam, że będę miała ten ‘’zaszczyt’’ by gotować na tzw. street foodzie! Facet mi asystował i patrzył z zainteresowaniem jak duszę pomidory w rondlu i zalewam roztrzepanymi jajami. Zrobiło się z tego małe widowisko z mini sesją fotograficzną (w końcu ‘’biała’’ na kuchni to rzadkość), a ja czułam się jak w swoim żywiole. Myślę , że miałabym od tamtego wieczoru pracę, ale kompletnie pogrzebałam swoją szansę, bo to co niezdarnie skleiłam w rondlu ani trochę nie przypominało potrawy ze zdjęcia, a smakowałoby tylko komuś kto naprawdę kilka dni nic nie jadł. Jak zwykle w takiej sytuacji najlepszym punktem posiłku okazał się zwykły, biały ryz. ..

IMG_20140326_171746

Obrazek

Previous Older Entries