35st C czyli koniec zimy w Kambodży?!

IMG_20140316_131943_1IMG_20140316_082212

Dziś jest taki upał (wiem, wiem, powtarzam to codziennie!), że dosłownie nie mogę odessać się od słomki zanurzonej w skorupie kokosa z prawdziwą wodą kokosową. I to od dziś stałam się wielka fanką tego azjatyckiego przysmaku, bo jak spróbowałam wody kokosowej w Chinach to jakoś mnie odrzuciła swym mlecznym smakiem. A dziś to stała się miłość od pierwszego łyka!  Musiałam zmienić stragan z owocami bo znajoma ”pani z warzywniaka” zaczęła mi się podejrzliwie przyglądać i cos zrzędzić pod nosem. A może chodziło o to, że znów musiała rozbijać skorupę co wymaga trochę  siły i techniki? Okazuje się, że woda kokosowa jest tu popularna bo ma niesamowite właściwości, miedzy innymi zwiększa libido. Ale pije się ją głównie by skutecznie ugasić pragnienie bo niestety woda, nawet Evian, nie zdaje tu egzaminu choć kosztuje 5-6 razy więcej od zwyklej wody w butelce.  Więc przyssana do słomki podreptałam do mojego ulubionego baru Star Rise, który jest takim kambodżańską wersją baru mlecznego, czyli tanio i smacznie (niekoniecznie szybko, bo tu każdy ma na wszystko czas/wyłożone). I od tego nadmiaru wody kokosowej sama już nie wiedziałam co chcę i zaczęłam irytować kelnera zmieniając zdanie co dwa zdania i zadając głupie pytania (np. ”a ta zupa dobra?”). W końcu wybrałam coś na co nie miałam ochoty ale intrygowało mnie do kilku dni i nie dawało spokoju czyli kwaśna zupa z rybą i bananem.  I po raz pierwszy od kiedy tu przychodzę miałam ochotę cofnąć czas do momentu przed złożeniem zamówienia, albo ukradkiem wylać zupę do wielkiej donicy za mym krzesłem. Gdyby nie to, że widziałam kilka par świecących się w ciemnym zapleczu oczu, które bacznie mnie obserwowały. Poszłam na kompromis i zjadłam tylko pół porcji,  z czego głownie był bardzo smaczny wywar. Także darmowy ryż zapchał mnie już po dwóch kęsach. Tym razem poprosiłam o pałeczki bo do tej pory męczyłam się nabierając ryż widelcem, totalnie wyszłam z wprawy i zatęskniłam za pałeczkami (nie mylić z Chinami). Posługiwanie się mi to za każdy razem tak niezręcznie jakbym się wychowała w Chinach a nie mieszkała tam tylko przez pól roku.

Przy okazji moich podróży podciągnęłam się w matmie (matematyczka pękłaby z dumy!), a przynajmniej stałam się ekspertką w przeliczaniu walut. W Kambodży khmerski riel przeliczałam na dolary, te na chińskie juany, te na polskie, a wtedy te na tajskie bahty.  I dopiero wtedy mogłam ocenić czy się opłaca, po czym i tak stwierdzałam, że najtaniej wszędzie wychodzą zupki chińskie. (4.000 rieli = 1 dolar = 6 juanów =3zł) Podarowałam już sobie wciąganie w to dongów wietnamskich.

Po powrocie z obiadu weszłam prosto pod prysznic, z którego nagle zaczęła lecieć ciepła woda choć ustawiłam na max zimną. Od upałów bez przerwy czułam wodospad potu na brzuchu i plecach, a częste prysznice w ciągu dnia i tak mijają się z celem, bo po chwili człowiek znów się klei a do niego też muchy i maleńkie mrówki.  Muchy są tu niemożliwe: jak już raz taka pojawi się w okolicy twego talerza lub pocącego się niemiłosiernie ciała to nie odpuści. Taka khmerska upierdliwość.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: