”Zwiedzanie” Angkor Wat..

IMG_20140314_062230
…jakoś mi nie wychodzi! Do Siem Reap przyjechałam wieczorem któregoś marcowego dnia (kalendarz i zegar wyszły dla mnie z użycia) i spędziłam trochę czasu następnego dnia na przygotowaniach do zwiedzania świątyń Angkor Wat. Pytałam  turystów I tubylców co najlepiej zobaczyć i o której godzinie i targowałam cenę dorożki z recepcjonistą hotelu aż zbiłam ja z 45$ na 30$ za 2 dni. Po czym przeczytałam na necie, że za podwózkę na motorze jest 10$ i znów zaczęłam swoje negocjacje z recepcjonistą, który miał minę jak złapany na gorącym uczynku.

Już pierwszy dzień zwiedzania ukazał w pełni moja ignorancje dla zabytów kultury wschodnioazjatyckiej oraz brak zainteresowania czymkolwiek co powstało przed ‚the Beatles’. Możliwe, że to upał spowodował to, że wolałam spędzić czas sącząc zimne napoje i delektować się naleśnikami z ananasem i sosem czekoladowym w jednym z barów wokół głównej światyni. By zdążyć na wschód słońca kazano mi być na dole przy recepcji o 5 rano. Co znaczyło, że wstałam po 4.00 po prawie nieprzespanej nocy. A wszystko przez to, że leżąc już w łóżku wbiłam sobie do głowy, że możliwe w mojej sypialni jest jakiś pajęczur i bardzo możliwe tarantula a ja nawet nie przeszukałam pokoju ani razu, jak to miałam w zwyczaju podróżując po Wietnamie. Zamiast ruszyć się z łóżka to ja tak leżałam ogarnięta przez paranoidalne wizje. Niewyspanie dało mi się potem we znaki razem z upałem gdy pokonywałam dziesiątki schodów w świątyniach. Byłam tak padnięta już na samym początku, ze zamiast rozglądać się na boki, zatrzymać, zadumać, to wlokłam się z głową wbita w ziemie i marzyłam by już był koniec. Czułam się jak na szkolnej wycieczce lub koloniach, na które zapisali mnie rodzice wbrew mej woli.

Rano wykupiłam bilet na 3 dni zwiedzania, ale przed południem zastanawiałam się czy w ogóle się trudzić dnia następnego. Po zobaczeniu dwóch tylko światyń uświadomiłam sobie dwie rzeczy: 1) dwie to dla mnie i tak już o jedną za dużo, 2) z całym szacunkiem dla jednego z cudów świata, ale koniec końców tak naprawdę to tylko stare budowle wyglądające tak samo. Tak, że postanowiłam ukrócić sobie i tak już nazwany ”krótki szlak”, wynajęłam motocyklistę co nie było łatwe tym razem i powiedziałam mu by zawiózł mnie do świątyni gdzie nakręcono film Lara Croft: Tomb Raider. Po drodze mijaliśmy inne historyczne obiekty ale na pytania mojego rangers’a czy chcę je zobaczyć odpowiedź była jedna: ”Nie jestem zainteresowana, wieź mnie do Tomb Raider”. Teraz nikogo nie powinno dziwić, że wyleciałam z hukiem z kierunku Historia na szczecińskim uniwerku jeszcze długo przed pierwszą sesją. Jak taka osoba jak ja mogłaby zaszczepić komukolwiek miłość i podziw dla zabytków historycznych?? Mnie o wiele bardziej pasjonują tubylcy, turyści, nocne markety gdzie można się targować oraz lokalna gastronomia i bary uliczne na których można kupić dosłownie cuda na patyku, np. młode wężyki.

Głównym celem tego dnia miał być wschód słońca w świątyni Bayon gdzie o tej porze ponoć nikogo nie ma , ale przez brak mapy i poleganie na własnej intuicji wylądowałam przed świątynią Angkor Wat i biłam się o miejsce w najlepszym punkcie z tłumem innych turystów, głownie Chińczyków. Czekaliśmy w sumie godzinę na wschód słońca co dało chińskim turystom sporo czasu by bezsensownie popstrykać sobie kolejne milion fotek. W pewnym momencie tak mnie to zaczęło irytować , że miałam ochotę wyrwać im te aparaty i wrzucić do jeziorka nad którym staliśmy. No i wtedy zaczął się wschód słońca, ludzie stali jak w ekstazie i pstrykali jak opętani, więc uznałam, ze jest to ciekawe widowisko i ignorując słońce zaczęłam fotografować i obserwować ludzi. Potem kupiłam od dzieciaka, prawdopodobnie syna lokalnego mafiosy, zestaw pocztówek za dolara wśród których było całkiem dobre ujęcie wschodu i zachodu słońca. Bo ponieważ skończyłam ”zwiedzanie’ 6 godzin wcześniej niż zakładałam to nie chciało mi się czekać lub nawet wracać na zachód słońca. Tak naprawdę to nie mogłam się doczekać kiedy wrócimy do miasta i będę mogła zanurzyć łyżkę w mojej ulubionej zupie rybno-ananasowej. Przy okazji wcisnęłam dzieciakowi kiść bananów, które zaczęły mi mocno dojrzewać w plecaku i niepotrzebnie ciążyły oraz uświadomiłam smarkacza, że wiem dla kogo idą pieniądze. Mały rozumiał o czym mówię bo strzelił zawadiackim uśmiechem po czym zniknął w ten sam tajemnicy sposób w jaki się pojawił wcześniej.

Ostatnią świątynie po prostu ”minęłam” i przy wyjściu spotkałam kolejną młodocianą nagabywaczkę, która podarowała mi drewnianą bransoletkę i naciągała na wizytę w sklepie jej matki. Zignorowałam jej zaproszenie ale dałam się namówić na podwózkę motorem z jej znajomą za niską opłatą. Okazało się, że znajoma to młoda matka z dzieckiem, chyba 3-letnim chłopcem. Musiałam wyglądać jak jej adoptowana starsza córka, bo wszyscy się za nami oglądali. Na koniec strzeliłam sobie z nimi fotkę, zapłaciłam i przesiadłam do mojej dorożki.

No teraz lepiej! Kolejne zdjęcie ''z rąsi''

Po lunchu odpaliłam laptopa i od razu napisałam do znajomej z pytaniem ”co ze mną nie tak???”

Reklamy

1 komentarz (+add yours?)

  1. Grażyna Hajduga-Majchrewicz
    Mar 15, 2014 @ 11:16:07

    Zuzka!Jest super !!Nareszcie się doczekałam Grazia

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: