”Zwiedzanie” Angkor Wat c.d.

''Zwiedzanie'' Angkor Wat c.d.

Moje ”zwiedzanie” Angkor Wat chyba naprawdę przejdzie do historii. To już trzeci dzień, że nie pojechałam by zaliczyć mój ”drugi dzień” w ruinach. Za to siedzę w hotelowej restauracji wystrojona jak lala w kambodżańską sukienkę za 5$, w której przypominam motyla (choć z moją opuchlizna czuję się raczej jak wielka larwa), popijam herbatę mango i wlepiam niewyspane oczy w wielki telewizor nadający khmerski koncert życzeń. Czuję się jakbym cofnęła się w czasie do lat 80-ych czasu PRL kiedy to co niedzielę (tak mi się wydaje) oglądaliśmy całą rodziną koncert życzeń wypełniony przebojami Wodeckiego czy Majewskiej. Tu jest prawie to samo, jedyną różnice robi herbata o smaku mango, którą wypełniam żołądek czekając na otwarcie Star Rise lub Mango Beach. Bo tu, po tym jak im dałam drugą szansę i zamówiłam angielskie śniadanie, gdzie kiełbaski chyba nigdy nie słyszały o angielskich czy polskich parówkach, zamiast tostów które śniły mi się po nocach dostałam sucha bagietkę bez konkretnego smaku i dam sobie uciąć wszystkie kończyny, że fasolka w sosie pomidorowym nie była Heinz ‚a tylko jakiegoś najtańszego producenta, a w dodatku podana była w naczynku w którym z zmieściłaby się tylko torebka po herbacie ”Minutka”, nie mam mowy bym cokolwiek tu jeszcze zjadła.

Wypiwszy cały dzbanek herbaty wychodzę z hotelowego patio na ”ulicę” i co słyszę? ”tuk-tuk madam?” (wyjaśnienie we wcześniejszym wpisie). W tym samym momencie wiatr podwiewa mi sukienkę i chłopaki w tuk-tukach maja uciechę. Po drodze do Star Rise kupuję znaczek na kartkę (”One dolar!” opryskliwie rzuca sprzedawczyni, choć kupuje znaczek codziennie i zdążyłam już zapamiętać), oraz smoczy owoc w warzywniaku, gdzie przy okazji mówię sprzedawczyni jak bardzo posmakowała mi wczoraj woda kokosowa. Zanim się spostrzegłam ona rozłupała skorupę kokosa i wcisnęła do rąk podając cenę: ”50 centów”. Zostałam wrobiona i znów z wielkim kokosem wlokę się do baru.

Tym razem zastaję 3 Khmerów w Star Rise z krótkofalówkami postawionymi na stole. Po oczkach widać, ze coś kombinują. Zamawiam mango zmiksowane z lodem, smażone jajka i tosty, upewniwszy się z kelnerem, że mają chleb tostowy. Nawet mu wskazałam na bagietkę w menu i trzęsąc głowa i ręka mówię ”no”. Kelner ciesząc się jak 3-latek cofa się do kuchni. Za każdym razem idzie tyłem, śmieje do mnie i schyla w pokłonach. A zwracając się do mnie nazywa ”lady”. Gdyby tylko wiedział ile we mnie ostatnio ”lady” to już nigdy by mnie tak nie nazwał. Jak na tempo Azjatów śniadanie dostaje bardzo szybko. Przychodzi mango shake, są jajka, a gdzie moje tosty? Oczywiście, że nie zrozumiał! A gdy pytam o nie on coś przecina w powietrzu nad jajkami i powtarza po mnie ”toast?” Po czym leci do kuchni (znów tyłem, potykając się o własną matkę) i przynosi gumową bagietkę, wiec próbuję raz jeszcze. I wtedy słyszę to czego nie chciałam usłyszeć: nie maja chleba tostowego. Wtedy na bagietce siada tłusta mucha, akurat na kawałku który trzymałam w ręce. Po chwili tez do baru wpadają dwaj młodzi Amerykanie i widać, że chłopaki mieli ciężką noc. Na pusty żołądek wlewają Schweppes łykając przy tym jakieś tabletki a potem zapychają się gumowa bagietką, z której wcześniej wyrzucają wszelkie warzywa. Oczywiście patrzę na nich z pogardą i przewracam oczami, a stwierdziwszy, że ogólnie są żałośni, idąc do toalety nawet nie raczę ich spojrzeniem choć czuję ich spojrzenia na – powiedzmy sobie- plecach. W toalecie znajduje żabę i pocieszam się tylko, że to nie wąż lub pająk. Spłuczka nie działa, jak w wielu toaletach krajów Indochin, ale stoi obok standardowo baniak z wodą i plastikowy kubeł do nabierania wody. Oczywiście po wizycie któregoś z Khmerów podłoga w toalecie jest zalana wodą, przynajmniej mam nadzieje, że to woda. Żaba schowana za śmietnikiem udaje, że jej nie ma a ja udaję, że jej nie widzę, po czym donoszę kelnerce wracając do stolika. Jestem raczej spokojna o jej los, bo nie mają tu żab w karcie dań, choć wiem, że grillują je w restauracji obok.

I tak od żaby przechodzę do wyjaśnienia powodów dla których nie pojechałam nigdy więcej do Angkor Wat. A więc pierwszego dnia zatrzymały mnie dolegliwości żołądkowe po zażyciu poprzedniego wieczoru kambodżańskich tabletek ”regulujących trawienie”, po tym jak ”spuchłam” wokół talii. Drugiego dnia gdy tylko ujechaliśmy niecałe 100 metrów zaczęło padać z ciemnych chmur i pomyślałam, że w takim razie nie zobaczę wschodu słońca i jeszcze będę brodzić w deszczu możliwe cały dzień. Zawracamy. Oczywiście słońce wzeszło w pełni, a niebo było bezchmurne cały dzień jak w jakieś ironicznej kreskówce. Dziś czułam się świetnie, pogoda zapowiadała się super, tylko nigdzie nie mogłam znaleźć cholernego biletu! Gorączkowo przeszukiwałam wszystkie zakamarki po kilka razy, nawet do łazienki zajrzałam (po co miałabym brać bilet do łazienki???) i gdy zaczęłam wierzyć, że wypadł mi z torebki do której ”na pewno” go włożyłam oraz nastawiłam się na wyrzucenie kolejnych 20$ w błoto (czyli kupno nowego biletu, bo nie chciałam kolejny raz odsyłać kierowcy, który wstawał dla mnie o 5 rano), jeszcze raz zajrzałam do mojej ”szmacianki” leżącej na krześle i oczywiście bilet był! Ale jak tam się znalazł nie mam zielonego pojęcia. Po czym zeszłam na dół ciesząc się, że będę miała zwiedzanie ”odbębnione” i już więcej nie muszę wstawać przed 5.00. I wtedy usłyszałam, że tym razem mój kierowca miał dolegliwości żołądkowe, a nie było żadnego innego na zastępstwo. Nie wiem czemu mnie to ucieszyło – widać naprawdę mi nie zależy bo przecież mogłam zaraz za rogiem znaleźć tuzin motocyklistów którzy tylko czekają na okazję zarobku.

Reklamy

Obrazek

1 komentarz (+add yours?)

  1. Grażyna Hajduga-Majchrewicz
    Mar 17, 2014 @ 11:07:08

    Zuzka,super !!!troche wiecej zdjęc prosze…..Pozdrawiam

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: