Masaż khmerski – tylko dla odważnych

Masaż khmerski - tylko dla odważnych

Już wiem o co mi chodzi w podróżach! Tak, wpadłam na to wczoraj. I z tego też samego powodu podróżuję sama: ja się po prostu lubię wyspać i robić to na co mam akurat ochotę, a to jest nieprzewidywalne jak angielska pogoda. Jestem pełna podziwu dla turystów czy tzw. backpackersów, którzy z wielkimi plecakami, nosem wbitym w mapę lub przewodnik (najczęściej niebieski Lonely Planet) i determinacja twarzy, z której spływa wodospad potu próbują odnaleźć się w obcym dla nich miejscu. A potem realizacja ambitnych planów: trekking, muzea, ruiny, kajaki, słonie, itp. itd. a wieczorem ”chlanie”.

W normalnych okolicznościach (tzn. gdybym nie musiała wstawać przed 5 rano codziennie! by zobaczyć świątynie Angkor Wat) mój plan dni byłby następujący: śpię tak długo jak mogę, leniwy poranek zaczynam od wzięcia prysznica z którego nikt mnie nie wygania, potem śniadanie, którym delektuję się w spokoju, a po nim obowiązkowo kawka, a resztę dnia spędzam na czynnościach na które w danym momencie mam ochotę. Nic nie muszę – to zasada!

A dziś miałam ochotę na czterogodzinna drzemkę w ciągu dnia, masaż khmerski i obiad w (uwaga!) chińskiej knajpie. O tym potem. Wygramoliłam się z hotelu po 15:00 i miałam sporo czasu by zdążyć przed zamknięciem banku o 16:00. Odpuściłam sobie wizytę w ośrodku zdrowia by wyjaśnić przyczynę mego puchnięcia, a wydęty brzuch ukrywałam od kilku dni przywdziewając sukienki ”ciążowe”, w których czułam się całkiem atrakcyjnie. Jednak po drodze do banku wyrosła mi jak grzyb po deszczu jakaś prymitywna przychodnia, w której akurat były pustki (cos nie do pomyślenia w Polsce). Wizyta ”u lekarza” czyli kogoś kto wyglądał jak kierowca tuk-tuka, tyle, że miał zawieszoną na szyi plakietkę ”doktora”, odbyła się na betonowej ławce przed przychodnia. Gdy mu opisałam objawy dał mi najbardziej trafna diagnozę: prawdopodobnie mam uczulenie na jakieś jedzenie. No i już mieliśmy wspólny temat! Mówię mu ”Tak, to by się zgadzało!” i opowiadam o tym co wyczytałam o jedzeniu wg. grupy krwi, a on potwierdza. No w końcu jesteśmy w Azji a to ponoć stad pochodzi. Potem mi jeszcze mówi, że moje objawy są spowodowane tym, ze się czymś zamartwiam (Tak, zgadza się: nie wiem czy jechać do Laosu czy z powrotem do Tajlandii) i że nasz mózg tak reaguje na stres, ze zakłóca funkcjonowanie różnych organów. Dzięki panie doktorze, sama na to wpadłam wiele lat temu. Czyli znów potwierdziła się moja zasada: leczymy się sami szukając w internecie. Na odchodnym zamiast recepty dał mi radę: ”no stress!”. Jasne.

Było wciąż 25 minut do czwartej gdy z dala zobaczyłam, że wejście do banku jest zakratowane. Podbiegam ignorując nawolywanie tuk-tukarzy i już mam krzyczeć na ochroniarzy opalających się przed wejściem ”Co jest do cholery?”, ale wiem, ze tak nic nie załatwię z niedobitkami Khmerów. Decyduje się na potulności i liczę na ich litość. tłumaczę tym ignorantom, że tylko tu bankomat nie pobiera opłaty $4 i że koniecznie potrzebuje gotówki. Okazuje się, że nic po angielsku nie rozumieją tylko tępo powtarzają pojedyncze słowa mego monologu wbijając we mnie dziwnie przeszklone oczy. Nie widzę sensu tłumaczenia po raz czwarty, więc zwracam się do faceta siedzącego za mną i proszę o przetłumaczenie. I wtedy do głupków dochodzi ta prosta informacja, którą próbowałam im przekazać i wtedy od razu ”Sezam” się otwiera i wpuszczają mnie do środka. Ciśnienie mi podskakuje na wejściu jak odkrywam, że w banku jest jeszcze pełno ludzi. Wybieram kasę i kłaniam się tradycyjnie w pokłonie na do widzenia ze złożonym jak do pacierza rękoma. Kieruję się prosto do salonu z masażem gdzie byłam umówiona wczoraj ale wypadło mi z głowy. Witają mnie w pokłonach i traktują jak Dalaj Lame, nikt nie śmie pytać czemu wczoraj nie przyszłam. Najpierw oczyszczają stopy i ręce po czym kobieta, która będzie masować prowadzi mnie na górę. Z głośnika leci muzyka klasyczna co nie zdarzyło mi się jeszcze w żadnym salonie masażu. Nawet rozpoznaję jakiś kawałek Chopina, ale ignorancja nie pozwala mi na powiedzenie czegoś więcej. Przebieram się w luźne ciuchy które przypominają strój lekarzy z jakiegoś serialu i wołam babkę. Przez pierwsze pól godziny kiedy masuje mi nogi myślę , że to najlepszy masaż jaki miałam w życiu. Nawet znoszę bezboleśnie jeden z jej chwytów kiedy to kładzie mi dłonie w okolicy kości i miednicy i tak mocno uściska, że zaczynam podejrzewać, że stoi na rękach. Potem masuje mi dłonie oraz cale ramiona (które rozciąga i ugniata w lekko sadystyczny sposób) W pewnym momencie energicznie pociąga mnie za ramie przez co prawie spadam na ziemie, ale nadal wierzę, że kobita wie co robi. Gdy kończy przewracam się na brzuch i zaczyna się masaż całego tylu ciała (z naciskiem na ”całego”). Wbijam głowę w otwór na to przeznaczony i zauważam sprytnie położoną tam ofertę zabiegów. Zaczynam wczytywać się w nią ale nagle literki rozjeżdżają mi się i brak mi powietrza pod wpływem bólu gdy Khmerka dosłownie wbija mi kark w krawędź otworu, a potem od razu przechodzi do ugniatania barków. Ból jest palący i nieznośny, ale chce być dzielna i myślę ”wytrzymam”. Po chwili przerwy na masaż dołu znów zaczyna się wbijanie szponów w mój kark i barki i wtedy pękam. Odwracam się i błagam wręcz o delikatniejszy ucisk. Babka się upewnia ”soft-soft?” a po moim skinięciu głową zapewnia ”Ok, ok!” po czym kontynuuje pastwienie się nade mną i nie mam już żadnych wątpliwości , że jest w jakiś sposób spokrewniona z Pol Pottem. Teraz już wiem skąd nazwa masażu ”khmerski”, brakuje tu tylko słowa ”czerwono-..”. Jestem też skłonna uwierzyć, ze stosowano go jako forma tortur wobec więźniów politycznych, ale mimo to daje kobiecie 2$ napiwku bo masaż głowy i nóg był genialny. Na wyjściu dostaje filiżankę zielonej herbaty, która szybko wypijam bo spieszę się na obiad. Przy płaceniu zapewniam recepcjonistkę jak bardzo zadowolona jestem z masażu i przez jakieś pięć minut żegnamy się bijąc sobie pokłony.

Tego dnia miałam ochotę (o ironio!) na chińskie jedzenie i pamiętam, że dwa dni wcześniej mijałam gdzieś na tej samej ulicy niedrogi bar. Szukając go niepotrzebnie odbiłam w ulice wypełniona salonami spa i z każdego wyłaził mi na drogę pracownik namawiając na masaż. Gdy odmawiałam tłumacząc, ze właśnie przed chwila jeden miałam odpowiadają głupio: ”Ale nie u mnie!” Tego tez wieczoru kupiłam T-shirt z napisem ”no tuk-tuk, no massage, no money” mając nadzieje, że za jedyne 2,5$ będę miała spokój do końca mego pobytu w Azji. W końcu znalazłam chiński bar i po wytargowaniu ceny (dzień bez targowania jest dniem straconym) zamówiłam to co na koniec w Chinach jadłam najczęściej czyli zupę z jajkiem i pomidorami oraz michę ryżu. Jednak nie smakowało tak jak w Chinach, bardziej jak zupy mojej babci (używają tych samych kostek rosołowych?) plus ryż był jakiś wysuszony. Jednak ponieważ jadłam tylko kawałek bagietki z mięsem na śniadanie to zdążyłam nieźle zgłodnieć więc zjadłam prawie wszystko bez mrugnięcia okiem.

Reklamy

Obrazek

1 komentarz (+add yours?)

  1. Grażyna Hajduga-Majchrewicz
    Mar 18, 2014 @ 11:44:52

    No po tych masażach to zdrowa jak koń

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: