Angkor Wat, cz. 3 ostatnia

KAFEJKA HUA HINIMG_20140318_065223

Angkor Wat, cz. 3 ostatnia

Mało tego, że wybierałam się tam jak sójka za morze, potem nie mogłam się zebrać by dokończyć historię na blogu, to gdy w końcu się udało i wyprodukowałam elaborat wylewając w nim wszystkie swoje żale to dnia następnego okazało się, że nic się nie zapisało w Wordzie! Pobiegłam do kafejki internetowej, w której poprzedniego dnia dałam się namówić właścicielce i wykupiłam 3-godzinny karnet ale ta była zamknięta na cztery spusty. Nie wiem kiedy babce wpadł do głowy ten pomysł by zrobić sobie dzień wolny, bo gdy płaciłam za karnet powiedziała mi, że spokojnie mogę ”jutro” wykorzystać. Nie wiem teraz o jakim jutrze mówiła. Czyli tak: straciłam cały wpis, kafejka zamknięta, więc co robię? Siadam na chodniku pod kafejką i próbuję kraść internet z okolicznych lokali, ale bez powodzenia. W samą porę zjawia się młoda Tajka i prowadzi mnie do kafejki internetowej obok. Już na samym wejściu nie tylko czuję się jak w statku kosmicznym, w którym razi mnie wszechobecny pomarańcz ale też jak na poligonie przez odgłosy strzelaniny dochodzące z gier komputerowych. Kafejka jest zdominowana przez nastolatków, którzy dają mi spojrzenie mówiące ”coś ty za jedna?” Niefortunnie przysiadam się obok dwóch Japońców, którzy na bieżąco wymieniają się wrażeniami ze świata gry. Stanowiska przystosowane są rzeczywiście dla dzieciaków i nastolatków bo jak próbuję wyciągać nogi to natrafiam na blokadę w postaci ściany. Krzyżuje niezgrabnie nogi i odpalam komputer po czym standardowo sprawdzam facebook, pocztę, oraz nowinki z wielkiego świata.

I znów odbiegłam od tematu! A miałam pisać o drugim i ostatnim dniu w Angkor Wat, bo choć karnet pozwalał mi na trzy dni zwiedzania, to choćby mi zwrócili wszystkie koszty i obwozili BMW to już moja noga tam nie postanie. Zacznę od tego, że ten cały Angkor Wat to największy ”scam” czyli oszustwo Kambodży. Korupcja graniczna to Pikuś w porównaniu do cen biletów w AW oraz wmawiania ludziom, że potrzebują co najmniej 2-3 dni by obejść wszystkie świątynie, a już najlepiej to wykupić karnet 7-dniowy! Bzdura – jeden dzień spokojnie wystarczy, a dla kogoś kto tak jak ja woli sączyć koktajl z papai w cieniu palmy kokosowej zamiast biegać z wywalonym jęzorem po jakichś gruzach w ponad 30 stopniowym upale, zapewniam, że do lunchu się wyrobi.

Więc gdy w końcu nadszedł ten długo odwlekany dzień, wszyscy byli zdrowi, nic nie wskazywało na deszcz (szkoda), bilet przygotowany i pełna mobilizacja – wskakujemy na motor i jedziemy. Tylko kierowcę mi zmienili i domyślam się, ze tamten miał mnie już dość i sam zrezygnował. Wcale mu się nie dziwię. Po drodze mijamy desperatów czyli tych, którzy postanowili pokonać trasę na rowerze. Ja bym musiała trenować przez kilka tygodni i wyjechać dwie godziny przed wschodem słońca by zdążyć. Upajam się jazdą i pałam beztroską aż do momentu gdy podjeżdżamy pod świątynię Bayon gdzie nikogo nie ma za to są ciemność i dziwne odgłosy z dżungli. Po tym jak pierwszego dnia chcąc iść na skróty sama lasem zostałam osaczona przez stado małp, ograbiona z owoców i zmuszona do odwrotu, niechętnie schodzę z motoru i pytam kierowcę z wyrzutem ”No chyba mnie tu tak nie zostawisz???”. Gdyby odmówił musiałabym go przywiązać lub przebić koło bo za Chiny nie zostałabym sama w lesie. Miałam już w nosie cały ten wschód słońca, który ponoć w Bayon jest magicznym wydarzeniem (kolejne oszustwo). Rzekomo wschodzące słonce oświetla twarze wyrzeźbione na murach nadając im niesamowity odcień (bla, bla, bla). Byłam o dobrą godzinę za wcześnie i po jakimś czasie zaczęłam się nudzić więc dla zabicia czasu robiłam zdjęcia psu, który nie tylko wziął się nie wiadomo skąd to jeszcze obsikiwał beztrosko jeden z największych cudów świata. Bawiliśmy się wyśmienicie, tak że prawie przegapiłam wschód słońca. Ignorując niemiecka wycieczkę emerytów z wielkim megafonem nadającym ‘’achtung, achtung!’’ oraz ‘’lalę’’ drętwo pozującą na tle świątyni przed aparatem swego Romeo, przez bite 40 minut od momentu gdy słońce zaczęło się nieśmiało wysuwać nie spuszczam wzroku z kamiennych twarzy. Ignoruję burczenie w brzuchu i drętwienie nóg. Ale po 40 minutach gdy nic spektakularnego się nie dzieje odwracam się do tylu i widzę, że słonce jest tak wysoko ponad drzewami więc zaczynam wierzyć, że za chwile pora lunchu. A my jeszcze śniadania nie jedliśmy.

Dopadam więc kierowcę i proszę by zawiózł mnie do baru, gdzie po uprzednim zbiciu ceny z 10$ na 5$ zamawiam jedzenie dla nas oboje plus wodę kokosową, bez której nie mogę już istnieć. Oczywiście płace ja jako ‘’biała z portfelem wypchanym dolarami’’. By nie tracić cennego czasu biorę bułę na wynos zostawiając kierowcę siorbiącego noodle samemu sobie. Na odchodnym mówię mu, że od tej pory będzie szybko, ale on mnie nie docenił i rozwiesił sobie w międzyczasie hamak i lekko przysnął. Gdy zobaczył mnie z powrotem po 15 minutach miał minę jakby ujrzał ducha i od tej pory czekał prawie że na baczność.

Trzecia z pięciu świątyń to kolejne nieporozumienie: dochodziło się do niej idąc pomostem ze względu na otaczające błoto a sama ‘’świątynia’’ przypomina wyschnięta fontannę. Zrobiłam tylko zdjęcia błotu ze względu na ciekawą kolorystykę. Przy wejściu na pomost zatrzymał mnie jeszcze jeden z nagabywaczy próbując wcisnąć przewodnik po Angkor Wat. Nie wzięłabym nawet za darmo więc grzecznie go spławiam na co on mnie pożegnał krzycząc ‘’ auf wiedersehen!’’ Nie, na pewno nie!

Do godziny 10.00 zdążyłam zwiedzić prawie wszystkie świątynie. Prawie, bo nagle sobie uświadomiłam, że nie byłam jeszcze w głównej świątyni Angkor Wat gdzie pierwszego dnia czekałam z grupą turystów na wschód słońca. Zostawiłam ją sobie na sam koniec tego dnia, ale potem to już zapomniałam. Ale drugiego dnia zwiedzania ominęłam ja celowo. Po tych wszystkich kłamstwach i ‘’niesamowitych historiach’’ nie zależało mi na jej zobaczeniu, nawet gdyby czekał tam na mnie sam Dalaj Lama.

                                                                            THE END

Reklamy

Obrazek

1 komentarz (+add yours?)

  1. Grażyna Hajduga-Majchrewicz
    Mar 23, 2014 @ 21:25:12

    no fajnie,jesteś odważna dziewczyna.Czekam na ciąg dalszy…

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: