Carpe Diem!

Carpe Diem!

W środku nocy obudziła mnie ulewa w Bangkoku oraz palące się u sąsiada za ”ścianą” światło. Już widzę te brwi unoszące się w górę więc wyjaśniam, że w tym hostelu ściany są z papieru a ich górna część (ok.50 centymetrów) jest zwykłą siatką przez co dochodzi mnie każdy dźwięk a światło po prostu irytuje. W dodatku ”gościu” jak typowy backpacker pochlał gdzieś i to na tyle dobrze, że wrócił tu obijając się o ściany, przewracał się, trzaskał drzwiami i klapą od sedesu. Wszystko w zasięgu mojej klitki. Więc co robi prawdziwa zołza? Gdy tylko ”misio” grzecznie zgasił światło i poszedł spać odpaliłam komputer, włączyłam terkocący wiatrak i walę zawzięcie w klawiaturę laptopa! Jak kicham to z impetem i ”niechcący” upuściłam pudło kremu Nivea soft i parę innych drobiazgów….

Budzę się grubo po 8.00, wyspana jak niedźwiedź po zimie i przed 9.00 wychodzę coś zjeść. Pogodziłam się już z moim kilkumiesięcznym losem, gdzie zjedzenie śniadania czy jakiegokolwiek posiłku nie jest kwestia otwarcia lodówki i odpalenia kuchenki, a wyprawą w poszukiwaniu czegoś co można zidentyfikować i zjeść. Trzymam się kleiku ryżowego jak kiedyś fartucha babci, bo wiem, ze to zdrowe i pożywne, a kosztuje tylko 1-2 złote. Ale już z daleka widzę, że wszystkie bary uliczne są puste i cały kram zwinięty. Czyżbym się spóźniła? Mimo wszystko zachodzę do kilku pytając o kleik ale kucharze zaczynają nakładać mi suchy ryż więc decyduje się na kawał papai ze straganiku (którą, tak jak inne owoce dostaje się pokrojoną w kostkę, zapakowana do woreczka z patyczkiem do nabijania) oraz jajko na twardo. Jem to wszystko w drodze powrotnej do hostelu. Przy okazji zachodzę do małej pralni gdzie dowiaduję się, że dziś święto Buddy więc wiele lokali będzie nieczynne. Święto burzy mi cały porządek dnia, bo jak nie mogę dostać rano kleiku ryżowego to czuje, że potem wszystko jest do góry nogami.

Mimo to czuję się tu bosko więc zaczynam rozglądać się za praca. Dochodzi tez do mnie, że nie chce już wracać do Chin, które były przygnebiające, głośne i brudne, że już nie wspomnę o obrzydliwych zwyczajach czy zachowaniach Chińczyków (tak, tak! te wszechobecne charkanie, smarkanie ”w rękę”, wypluwanie z przeżutego jedzenia i kości na stół, itp. ).  Największą różnica miedzy Chinami a krajami Indochin jest to, że tu ludzie są naprawdę szczęśliwi i jest to wręcz zaraźliwe.  Tu nawet ciągnący się od miesięcy protest pod siedzibą rządu przypomina Woodstock: jest muzyka, tańce, darmowe jedzenie, tanie masaże, stragany z bibelotami. Zrobiła się z tego prawdziwa atrakcja turystyczna!

Reklamy

Obrazek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: