Szukanie pracy

Szukanie pracy

Dziś zakładam T-shirt z napisem ‘’No tuk-tuk…’’i wychodzę z hotelu. Niestety moje intencje przynoszą odwrotny skutek: kierowcy tuk-tuków drażnią się ze mną nagabując na każdym kroku. Podchodzę do jednego z nich i przejeżdżam palcem na wysokości biustu czytając mu głośno ‘’No tuk-tuk!’’ Facet coś za długo próbuję sam to odczytać więc obracam się na pięcie i odchodzę.

Jakiś wewnętrzny głos mówi mi od kilku dni, że rozsądnie byłoby sprawdzić stan konta bankowego ale podświadomość zmienia temat i przypomina, że ‘’bogactwo jest stanem umysłu’’. Więc dalej wmawiam sobie, że na wszystko mnie stać, choć mam uderzenia gorąca i trzęsące się ręce gdy wbijam numer karty Visa płacąc przez internet. Na uspokojenie nerwów i by dać odpocząć karcie kredytowej zaczynam wymieniać brytyjskie funty, które zaoszczędziłam w czasie studiów.

Jestem tak przekonująca wmawiając sobie, że mam nieograniczone środki finansowe, że prawie skusiłam się ostatnio na półgodzinną przejażdżkę konną wzdłuż plaży w Hua hin gdzie plażowałam przez dwa dni wśród niemieckich emerytów (oczywiście w skąpym bikini!) Ale w porę się opamiętałam kalkulując, że za tą samą cenę mam dwa noclegi w Bangkoku. Za to pozwoliłam sobie na luksus w postaci leżaka i parasola i teraz byłam ‘’jedną z nich’’ sącząc wielki koktajl z mango i ananasa, mając na głowie stylowy kapelusz a na nosie okulary, ‘’Prady’’ oczywiście, za około 20 zl zakupione w Wietnamie (pssst!). I w sumie dobrze zrobiłam decydując się na leżak, bo około południa plaża zaroiła się od maleńkich skorpionów.

Po powrocie z Hua hin oznajmiam Evanowi, że będę szukać pracy bo chcę tu zostać. Przy okazji próbuję wytargować niższą cenę za tą moją ‘’celę’’ bez okna i powietrza, za to z karaluchami oraz dobiegającym zewsząd hałasem przez 24/dobę. Ale on tylko rzuca mi bezczelny uśmieszek w stylu ‘’Mona Lizy’’ i przechodzi do tematu pracy dla obcokrajowców. Z własnego doświadczenia mówi mi, ze generalnie mam dwie opcje: nauczanie angielskiego oraz modelling, na co ja parskam śmiechem. Ale takie są fakty: nasz kolor skóry i nie-azjatycki wygląd zapewnia nam status celebrytów czy modeli. Mam dość nauczania angielskiego i nie znoszę pozowania do zdjęć, ale mimo to wysyłam kilka aplikacji do szkół (które nie są przedszkolami) i wyszukuję kilka agencji modeli zagranicznych. Biorę kontakty pierwszej z góry, oraz daje się przekonać Evanowi, że nie ma co dzwonić i się umawiać tylko po prostu wpaść z ulicy.

Żyjąc w swoim świecie gdzie kalendarz i zegar nie maja prawa bytu wybieram się do agencji późnym popołudniem. Jakiś głosik szepcze mi, że warto byłoby się dowiedzieć o godziny pracy agencji ale ja każę mu być cicho i podejmuje się wielkiej wyprawy, która kosztuje mnie sporo i kończy fiaskiem. Trasę i środki transportu zasugerował mi Evan, który rzekomo jest tu od 10lat i zna każda dziurę w ulicy. Najpierw łapię więc pociąg metro, potem maszeruję do stacji pociągu podniebnego z którego po trzech przystankach przesiadam się do łodzi i płynę jakieś 12 przystanków. Pociąg podniebny kosztuje mnie dwa obiady ale widoki są fajne. Po wyjściu z portu jestem w kropce i nie mam pojęcia co dalej, bo na tym skończyły się ‘’złote rady i wskazówki’’ Evana.

Dopadam trzy młodociane pielęgniarki, które akurat skończyły prace i wychodziły z kliniki obok. Ich angielski jest bardzo ograniczony ale porzucają wszystko by mi pomóc i nawet angażują szpitalnego ochroniarza, który wygląda bardziej jak kryminalista. W pewnym momencie na nieskazitelnie białą bluzkę jednej z nich ‘’narobiła’’ przelatująca mewa i gdy dziewczę rozmazuje kupę za pomocą chusteczki ja ją pocieszam mówiąc, że to na szczęście. Po czym wracam do MOJEGO ‘’problemu’’, który jest przecież ‘’priorytetowy’’.

Kończy się na tym, że ochroniarz załatwia mi skądś taksówkę i coś tam sobie mamroczą po swojemu, wiec gdy tylko auto rusza upewniam się z kierowcą, że na pewno włączył licznik. Miała to być ‘’długa droga’’ dlatego dałam się namówić na taksówkę, która zrobiła to czego się domyślałam: objechała calą okolicę i zawróciła! Gdybym szła piechota (i później właściwie musiałam) to miałabym tylko 7 minut spaceru i 50bht w kieszeni. Niby to tylko 5 złotych ale nie lubię jak mnie ktoś robi w tzw. ‘’bambuko’’, tak samo jak było na przejściu granicznym z Kambodżą. W dodatku okazuje się, ze po przejechaniu tej bezsensownej trasy kierowca staje w miejscu i pyta mnie (po tajsku!) co dalej.

Dopiero teraz wystukuję numer agencji i podaję taksówkarzowi wierząc, że ten się czegoś dowie. Zamiast tego obydwoje dostajemy ochrzan za sam pomysł przyjścia niezapowiedzianym. Facet ma dziwny akcent i nie za bardzo go rozumiem. Już nie wiem czy mam przyjść jutro czy iść do wszystkich diabłów. Ale nie miałam czasu na dyskusje, bo w tym czasie nabijał się dalej licznik w taksówce, mimo, ze staliśmy w miejscu. Wysiadam z auta zła jak osa, a po drodze kupuje 2 snickersy, bo mam w nosie modelling, za to potrzebuje cukru na uspokojenie. Po drodze zaczepiam też ‘’lokalnych’’, którzy pookazują mi inna opcję powrotu, która jest tak samo szybka za to o wiele tańsza. Jadę wiec autobusem, który choć przypomina mi o końcu lat 80-tych to jednak ma prawdziwa klimatyzację a nie wybite szyby.

Jakaś wewnętrzna determinacja i upór nie pozwalają mi się tak łatwo poddać czy spławić. Więc następnego dnia dzwonię do tego samego gościa i ‘’pytam’’ go czy mu dziś pasuje. Jest to tylko oficjalna gadka bo i tak bym poszła i wlazła oknem jakby trzeba było. Facet mnie kompletnie nie docenił. A on co na to?? ‘’Jak już tu będziesz to zadzwoń jeszcze raz i się upewnij’’. (Słucham?! To mam się tłuc na drugi koniec miasta po to by usłyszeć, że Ci nie pasuje, dupku?) Grzecznie dziękuję, wskakuję w szorty i T-shirt z jakimś idiotycznym napisem, zero makijażu czy jakiegokolwiek wysiłku. Wczoraj zrobiłam się na’’ bóstwo’’ a mimo to top-model nie zostałam.

Gdy pokonałam cała trasę od nowa i doszłam do punktu, w którym wczoraj utknęliśmy z taksówkarzem to się okazało, że jestem w zupełnie innej części miasta. Jak się dowiedziałam? Szukając numeru zagaduje do jakieś babki (i zaraz tego żałuję), która nie wie ale chce pomoc więc zaczepia swą znajomą stojącą nieopodal , a ta po długim monologu zwraca się do jeszcze innej znajomej. Tamta woła męża, a ten wyciąga zza rogu szwagra. Zaczyna się dyskusja, z której słowa nie rozumiem za to wiem jedno: nie mają zielonego pojęcia gdzie jest numer 175 a ja marnuję czas. Kończy się na tym, ze szwagier dzwoni do agencji i dowiaduje właściwej lokalizacji, po czym załatwi mi gościa na motorze i targuje cenę dla mnie. Jednak mimo to po przybyciu na miejsce ‘’motorowy’’ próbuję swego szczęścia i rzuca mi cenę wyższa o 10 bahtów. Ale szybko go uświadamiam, że nie ze mną te numery. Postawiłam się tzw. ‘’mafii’’ w Kambodży to nie będę teraz ustępować jakiemuś niegroźnemu wyrostkowi. Śmiechu warte.

W końcu dochodzi do spotkania z ‘’agentem’’, który okazuje się ciemnoskórym hippisem ze spektakularnymi dredami, a gdy wyciągam dłoń na powitanie on ją ignoruje i przybija mi ‘’żółwika’’ rzucając ‘’joł!’’. Kiepsko to widzę. Na szczęście od razu bierze aparat i prowadzi na tyły lokalu, który tak naprawdę nie jest żadną oficjalną agencją tylko hotelem z barem. Potem wracamy by dokonać formalności a wszystko odbywa się na ciasnej sofie, na której siedzi jeszcze jakiś ‘’upalony’’ stary hippis, wytatuowana Azjatka oraz prawdopodobnie jej kochaś, Rosjanin. Zresztą wszyscy wyglądają i zachowują się jakby byli ‘’upaleni’’ i tylko czekam aż mi coś zaproponują. Na szczęście nic takiego nie następuje, wiec po wstukaniu swoich danych i odpowiedzeniu na kilka głupich pytań agenta szybko się stamtąd zawijam.

W międzyczasie dostałam też odpowiedź na moje aplikacje do szkól i okazało się, że mogłabym zacząć pracę w jednym z dwóch gimnazjów już w połowie maja, podpisując kontrakt na rok. Rozmowa kwalifikacyjna odbywała się przez skypa, a że agentka mnie nie słyszała to zdecydowałyśmy się na formę pisemną. Było to tak niedbale i nieprofesjonalne z jej strony, jakby kompletnie zapominała, że czekam po drugiej stronie. Nie lubię marnowania czasu więc zabrałam się za odpisywanie na zalegle maile, przeglądanie facebook’a oraz planowanie dalszych podróży. Chciałam jej w sumie podziękować już na samym początku gdy mnie zapytała, czy potrafię kontrolować grupę około 45 zepsutych nastolatków. Odpowiedz brzmi oczywiście ‘’NIE! W ŻYCIU!’’ i nie mam ochoty lądować z deszczu pod rynnę.

W porze obiadowej czyli około 18 zachciało mi się znowu jajecznicy z pomidorami, a wiedziałam, ze żaden uliczny bar nie ma tego w ofercie. Jednak zagaduję babkę przy pierwszym napotkanym stoisku czy by mi nie zrobiła, ale pech chce, że ona tego wieczoru nie ma pomidorów. Próbuję kawałek dalej i tym razem wszystko jest , jednak facet kompletnie nie wie jak się do tego zabrać, mimo, że podstawiam mu pod nos wyraźne zdjęcie. Więc mówi do mnie jak niegdyś Piętaszek do Robinsona Cruzoe ‘’ok, ale ty gotować’’. No nie! Tego to nawet ja nie przewidziałam, że będę miała ten ‘’zaszczyt’’ by gotować na tzw. street foodzie! Facet mi asystował i patrzył z zainteresowaniem jak duszę pomidory w rondlu i zalewam roztrzepanymi jajami. Zrobiło się z tego małe widowisko z mini sesją fotograficzną (w końcu ‘’biała’’ na kuchni to rzadkość), a ja czułam się jak w swoim żywiole. Myślę , że miałabym od tamtego wieczoru pracę, ale kompletnie pogrzebałam swoją szansę, bo to co niezdarnie skleiłam w rondlu ani trochę nie przypominało potrawy ze zdjęcia, a smakowałoby tylko komuś kto naprawdę kilka dni nic nie jadł. Jak zwykle w takiej sytuacji najlepszym punktem posiłku okazał się zwykły, biały ryz. ..

IMG_20140326_171746

Reklamy

Obrazek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: