Ali Baba i 40 rozbójników

Ali Baba i 40 rozbójników

Choć nadal nie mam pracy ani ‘’sponsora’’ to kontynuuję życie celebrytki na wakacjach. Mogłabym przecież taniej kupić kawę ze stoiska na chodniku ale ja przecież ‘’muszę usiąść’’. Więc zachodzę do kafejki Amazon ulokowanej w środku narożnego Tesco i wciskam tyłek, który chyba ”urósł” od ilości pochłanianego przeze mnie ryżu, w maleńki fotel.

Nie mając ze sobą laptopa ani nic do czytania zaczynam gadać sama ze sobą, popijając kawę która nie jest wcale lepsza od tej straganowej. ‘’Schodzimy’ na poważniejsze tematy czyli sprawy wizowe. Bo coś mnie nagle tknęło by sprawdzić termin ważności mojej wizy tajskiej. Zaglądam do paszportu, który muszę mieć tu zawsze przy sobie i zamiast znaleźć datę końca kwietnia odkrywam jakiś prima aprilisowy żart! Bo pieczątka w paszporcie wyraźnie mówi, że mam się wynieść do 1-go kwietnia. Zerkam do kalendarza w telefonie i dowiaduję się, że zostało mi zaledwie kilka dni. Do granicy z Kambodża, gdzie wystawiono mi wizę, jest kawal drogi więc nie mogłam sobie wpaść ‘’tak o’’ i zrobić awanturę, jak to ostatnio mam w zwyczaju.

Mam za mało czasu by zaaranżować ślub z tubylcem więc pozostaje mi albo kupno nowej wizy na nocnym markecie albo przekroczenie granicy z jakimś państwem. Decyduję się na to ostatnie i robię rozeznanie w internecie zaraz po powrocie do hotelu, szukając jak najtańszej i najmniej uciążliwej opcji. I gdy psychicznie zaczęłam się już nastawiać na podróż do Birmy, która rzekomo miałaby spełniać moje warunki, dowiaduję się od znajomego, że jeszcze lepszą opcją jest Malezja. Nie tylko dlatego, że za wizę się nie płaci, ale znowu czeka mnie plażowanie oraz około 23- godzinna jazda pociągiem sypialnym. Jakoś pominęłam fakt, że do tego wszystkiego dochodzi zwiedzenie kolejnego kraju, bo od jakiegoś czasu wszystko mi się zlewa i egzotyczne wydają mi się już tylko dzieci ‘’białych’’. Bez względu na to jaką granicę przekraczam ostatnio, zawsze znajduje to samo: palmy, ryż, Azjatów, tuk-tuki, upał, małpy, uliczne jedzenia i salony z masażami, jeden obok drugiego zresztą.

Mając świadomość ‘’zaoszczędzonych’’ pieniędzy a czując niedosyt podróży i wrażeń zaczynam rozważać zwiedzenie jeszcze jakiegoś kraju przed powrotem do Polski pod koniec kwietnia. Choć nie wyobrażam sobie na razie życia poza Azją to jeszcze bardziej nie widzę się w roli nauczycielki w jakiejkolwiek już szkole lub reklamującą np. chińskie zupki lub ketchup w bikini przed aparatem ‘’Żółwika’’. Chodził mi ostatnio po głowie Nepal ale nie do końca wiedziałam jak to rozegrać z moimi torbami, które od miesiąca przechowuje mi Evan w Bangkoku. A nawet gdy się uparłam i próbowałam zarezerwować bilet do Katmandu to za każdym razem pojawiała się informacja o jakimś błędzie. Wzięłam to za ‘’znak’’, że widocznie nie teraz pora na Nepal i dałam sobie spokój.

Poza tym musiałam przyznać się sama przed sobą, że gdziekolwiek nie pojadę to będzie to samo: leniuchowanie w łóżku, spacery do barów, surfowanie po internecie i obowiązkowo żadnego ‘’zwiedzania’’ (odkryłam też ostatnio, że nie jestem w tym sama – okazuje się, że inni podróżnicy w moim hotelu też przesiadują w pokojach całe dnie walcząc o przeżycie z pomocą wiatraka włączonego na max). I wtedy przemyka mi przez głowę myśl, która jakoś chyba nie mogła znaleźć ujścia i już w mej głowie została: polecieć do Dubaju na dwa- trzy dni by zobaczyć show, w którym mój znajomy pierwsze skrzypce!

Zamiast skontaktować się z psychiatrą loguję się na moje konto na CS (www.couchsurfing.org) i szukam darmowego noclegu. Znajduję jakiegoś uczciwie wyglądającego Araba ze świetnymi referencjami i wysyłam mu zapytanie podając daty ewentualnego przylotu oraz wylotu. Zaznaczam też opcję by moje zapytanie poszło na cały Dubaj gdyby się okazało, że ‘’Abdullah’’ nie może mnie ugościć. Potem jeszcze znajduję na liście Polaka i jemu też wysyłam zapytanie. Wcześniej oczywiście dzwonię do ambasady Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) by się dowiedzieć o kwestię wizy i słyszę, że tym powinien zająć się mój hotel lub ktoś u kogo się zatrzymam.

Zadowolona i dumna ze swej produktywności tego ranka gaszę laptopa i wychodzę coś zjeść na główną ulice. Zdrada mego ‘’zaprzyjaźnionego’’ baru szybko zostaje ukarana, bo w tym do którego zachodzę dostaję letni ryż i warzywa, które dodatkowo pływają w tanim oleju, a na to wrzucono po macoszemu niedosmażone, pokryte jakimś brudem jajo. Kuchara jeszcze nie wie, że nie znoszę gdy na moim ryżu cokolwiek leży, a tym bardziej coś tłustego, ale moje spojrzenie mówi wszystko ( a na pewno to, że już nigdy tam nie zjem). Kelnerka próbuje odwrócić moją uwagę szklanką wody z lodem, ale jestem niepocieszona. Zjadam tylko żółtko i kilka ziaren ryżu, za które kiedyś jej dziadek prawdopodobnie walczył. I tylko dlatego je zjadłam. Potem płace 40 bht choć obiad był wart może cztery i to głównie za wodę z lodem. Wiedząc, że w ‘’moim’’ barze płacę za to samo 15bht, 40 wydaje się wręcz przestępstwem. A tam dostaję ciepły ryż, jajko usmażone ‘’tak jak lubię’’ (za co zawsze pochwalę kucharza) i kilka plasterków świeżego ogórka. Nawet nie przeszkadzają mi muchy obiadujące mój talerz.

Po powrocie do domu odpalam laptopa i jestem w szoku: skrzynka mailowa pęka w szwach od zaproszeń z Dubaju (jasne, że tylko od mężczyzn…!) i wciąż wpadają nowe. Dodatkowo większość z nich na zdjęciach profilowych wygląda jak poszukiwani listem gończym członkowie Al Qaedy. Do końca dnia nie mogłam wyrobić się ze spławianiem. Każdy oczywiście chętnie mnie ugości w swej sypialni i pokaże Dubaj, a o wizę nie mam co się martwić. Domyślam się, że o burkę też. Ale natrafiam na zaproszenie od samego ambasadora CS z ponad 200 wyśmienitych referencji potwierdzających jego uczciwość, który dodatkowo jest niczego sobie i ma dołeczki w policzkach. To mnie przekonało więc przyjmuję jego zaproszenie. Potem namawiam go na kupno biletu na show, co robię z pobudek egoistycznych bo nie chcę iść sama.

Gdy mam już zarezerwowany bilet na przedstawianie przypomina mi się, że nie mam jeszcze biletu na samolot i dalej nie wiem co z wizą. W dodatku nigdzie nie mogę znaleźć kartki z danymi do logowania na moje internetowe konto bankowe i zaczynam wierzyć, że ta kartka była wsunięta do słownika, który musiałam wywalić ze względu na przekroczenie limitu wagowego moich bagaży na lotnisku w Hangzhou w Chinach. Odpędzam negatywne myśli, powtarzam głośno trzy razy ‘’stać mnie!’’, po czym wklepuję szczegóły lotu (Bangkok-Dubaj) i po chwili o mało nie dostaję zawału widząc, że ceny podskoczyły o ponad 1000 zł za najtańszy bilet. Od razu piszę do Manu informując go o tym nieprzewidzianym problemie i wtedy zauważam, że zamiast Dubaj wybrałam Dublin z listy krajów, która mi wyskoczyła przy wyszukiwaniu.

Przemilczam tą pomyłkę, bo nie chcę by facet z dołeczkami pomyślał, że jestem roztrzepana. Bukuję najtańszy lot choć byłam przygotowana na zapłacenie tej niebotycznej sumy, nawet kosztem jedzenia suchego ryżu do końca mojego pobytu w Azji. Choć wszystkie ‘’Ali baby’’, od których dostałam zaproszenie wmówiły mi, że wiza na 14 dni będzie mnie kosztować i czeka się na nią dwa tygodnie, znajduję w internecie informację, że od 22 marca 2014 Polacy nie potrzebują oficjalnej wizy. Tak jak to jest w przypadku Tajlandii dostajemy pieczątkę do paszportu mówiącą kiedy mamy się wynieść.

Zmotywowana szerokim odzewem z Dubaju wysyłam podobne zapytanie do członków CS w George Town, W Malezji, bo czas nagli a ja bujam w obłokach i mylę priorytety. Odzew znów mnie zaskakuje, natomiast nie zaskakuje mnie, że zaproszenia pochodzą wyłącznie od płci przeciwnej. Każdy pisze, ze chciałby mnie poznać bo wyglądam na wesołą dziewczynę i myślę, że to przez moje zdjęcie profilowe na którym jestem lekko na rauszu, z wielką karafką wina obok. Zaproszenia są zarówno od nastolatków z motorem, którzy obiecują mnie obwieść po okolicy, jak i starszych panów z autem (też obiecują gdzieś wywieźć).

Dostaję też zaproszenie od kolejnego ambasadora CS, który okazuje się Chińczykiem praktykującym jogę i Tai Chi i który wydaje się żyć w jakimś zaczarowanym świecie. Spać miałabym w domku na drzewie w sercu plantacji bananów i papai. Atrakcją ma być rzekomo brak elektryczności czy bieżącej wody, wszelkie możliwe robactwo i prawdopodobieństwo spotkania się twarzą w twarz z jadowitym wężem. Dodatkowo będę mogła bez ograniczenia jeść banany i papaje, od których ponoć rośnie biust. Już miałam zaakceptować jego zaproszenie ale doczytałam, że oprócz tego muszę uczestniczyć w jakieś imprezie gdzie gwoździem programu jest obowiązkowy udział w karaoke. Więc ponieważ śpiewam jeszcze gorzej niż gotuję to jestem zmuszona zapomnieć o plantacji bananów i jadowitym wężu.

Zmęczona surfowaniem po internecie wychodzę na duszne powietrze (‘’świeże powietrze’’ jest w Azji tylko związkiem frazeologicznym) i idę do baru na obiad. Przychodzę za wcześnie by załapać się na zupę ryżową, na która akurat miałam ochotę, za to w samą porę by obejrzeć od początku do końca kolejny odcinek lokalnej telenoweli. I choć nie rozumiem ani jednego słowa to zdążyłam się już wciągnąć w losy bohaterów. Chyba na tym też polega fenomen oper mydlanych. Proszę faceta o duże jajko smażone i mało ryżu i tak jak przypuszczałam dostaje małe jajko i Himalaje ryżu. Zjadam połowę, oglądam do końca serial (oraz obowiązkowo reklamy zaraz po nim), po czym wychodzę prawie zapominając o płaceniu.

Reklamy

Obrazek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: