Wielkanoc w Dubaju

Obrazek

Wielkanoc w tym roku była jednym z najlepszych dni mojego życia. Okazało się, ze jednak potrafię sama zorganizować sobie czas podczas samotnie spędzanych świąt i wcale nie potrzebuje króliczka wielkanocnego ani jajek w majonezie. Za radą znajomej wybrałam się z rana do nowoczesnego centrum handlowego the Dubai Mall i choć nie planowałam zakupów w tym ociekającym przepychem miejscu to jednak spakowałam do torebki funty brytyjskie zaoszczędzone w czasie studiów w Anglii. Po 15 minutach kręcenia się po obiekcie, wiedząc, że nie przyjechałam na zakupy zaczęłam rozglądać się za jakąś lodziarnią (w końcu lody to nie zakupy). I wtedy los postawił mnie u wejścia sklepu Victoria Secret, a pomysł z lodami odszedł w niepamięć. Szybko dopadła mnie jedna z asystentek i była tak miła, że z grzeczności postanowiłam kupić choć jedną rzecz. Zanim się obejrzałam minęły prawie dwie godziny a ja miałam koszyk wypełniony bielizną z najnowszej kolekcji.

A stało się tak ponieważ nagle mnie olśniło gdy zobaczyłam, że zwykłe zjadaczki chleba zapełniają swoje kosze tak jakby kupowały przecenione banany i pomyślałam, że nawet jeśli mam debet na koncie to i tak niewiele pogorszę swą sytuacje, a poza tym nie wiadomo kiedy taka okazja się powtórzy. Gdy w końcu doszłam do kasy, na której nabita suma była równowartością średniego miesięcznego wynagrodzenia w Polsce pomyślałam, że zwariowałam, ale byłam tak upojona zakupami, że z błogim uśmiechem podałam kartę Visa. Jednak po chwili dziewczyna zwraca mi kartę kręcąc głową, więc wprowadzam w życie plan B i prosząc ją o 10 minut cierpliwości udaję się do punktu wymiany walut dwa pietra wyżej i rozmieniam zabrane funty. Z miłością i wdzięcznością patrzę na wizerunek Elżbiety II podając banknoty kobiecie w okienku, po czym wracam do sklepu i uiszczam należną opłatę. A ponieważ do tej pory fundując sobie fajne rzeczy powtarzałam, że to z okazji zbliżających się urodzin, tym razem zmieniam śpiewkę, czując, że wyczerpałam limit i mówię sobie, że to z okazji Zajączka.

Cała w skowronkach opuszczam centrum handlowe i pędzę do mieszkania Asheeta by zostawić zakupy i przygotować się na popołudniowy wypad na pustynię, który zarezerwowałam dzień wcześniej. Po drodze wpadam do narożnego baru gdzie robią przepyszne soki owocowe, zamawiam mango z truskawką oraz sałatkę owocową z przeważającą ilością arbuza, a dostaję arbuza tyle co kot napłakał za to sporo jabłka o które nie prosiłam i na które nie miałam ochoty. Wpadam do mieszkania na ostatnią chwilę i mam dosłownie minutę by się przebrać, bo w międzyczasie organizator safari zadzwonił do Asheet’a zmieniając godzinę wyjazdu z 15.30 na 15.00. Nawet się nie złoszczę bo zdążyłam już przywyknąć do takich sytuacji i wciąż mam świetny humor po udanych zakupach.

Obrazek

Kierowcą jeep’a był Hindus, który zaczyna znajomość od flirtu, na co ja zdejmuję okulary przeciwsłoneczne i mrożę go spojrzeniem. Od tej chwili rozmawia ze mną jak z kumplem. Choć ja rzuciłam wszystko by być na czas i nie kazać nikomu na siebie czekać, razem z kierowcą spędzamy dłużące się 30 minut czekając na resztę ekipy. Kierowca jest tak zajęty bajerowaniem  mnie, że muszę mu przerwać i poprosić by pogonił telefonicznie spóźnialskich.

Obrazek

Wreszcie przed hotel wyszła piątka marudzących Hindusów płci męskiej, którzy są niezadowoleni z faktu, iż siedzę z przodu. Nikogo nie obchodzi, że ja jestem niezadowolona z faktu, że zmarnowaliśmy już przez nich około 40 minut tego pięknego dnia. Odbierając to jako akt szowinizmu jestem gotowa na nieprzyjemna dla nich konfrontację ale kierowcy udaje się załagodzić sytuację. Nie chce mi się w ogóle z nimi rozmawiać ale mimo to pokazuje coś w rodzaju dobrego wychowania i mówię ‘’hello’’. I nagle staje się cud bo moi towarzysze okazują mi swą uwagę i zaczynamy powoli coraz serdeczniejszą rozmowę.

Choć na początku miałam ich za kompletnych dupków pod koniec dnia mam ochotę ich uściskać i jestem wdzięczna losowi, że to z nimi pojechałam na safari, bo ubaw mieliśmy po pachy. W połowie drogi zamieniłam się z jednym z nich na miejsca, wiedząc jak bardzo zależało mu by siedzieć obok kierowcy podczas szaleństw na pustynnych wydmach. I choć na nic nie liczyłam to już na pierwszym postoju facet sprezentował mi moja ulubiona wodę kokosową, a oprócz tego robimy sobie nawzajem zdjęcia i do końca dnia traktują mnie jak córkę Ojca Chrzestnego, której włos z głowy nie może spaść. Chyba nie muszę dodawać, że dostaję kolejne zaproszenie do Indii oraz wizytówkę firmy optycznej dla której pracują. Kupiłam też butelkę wody mineralnej, która na postoju była 3 x droższa niż w mieście i to już po zbiciu ceny do minimum, ale długo się nią nie nacieszyłam, bo zaraz potem przechodziłam obok młodego wielbłąda, który stosując cos w rodzaju szantażu emocjonalnego wyłudził ode mnie ten drogocenny nabytek.

Obrazek

 

IMG_20140421_203238

Około 18.30 zajechaliśmy do obozu na pustyni, gdzie po około godzinie na okrągłej scenie zaczynają zabawiać nas tancerze na okrągłej scenie pod gołym niebem. Oprócz nas do obozu zjechało mnóstwo innych uczestników safari przez co kolejka na przejażdżkę wielbłądem jest tak długa, że przez moment rozważam wycofanie się z niej. Jednak wracam po rozum do głowy i nigdzie się nie ruszam, mimo iż ominęła mnie przez to 1/3 występów artystycznych. Mam dużo szczęścia, że stojąca przede mną Wietnamka oferuje mi wspólną przejażdżkę na grzbiecie wielbłąda, podczas gdy jej chłopak robi nam zdjęcia. W ten sposób udało mi się upiec dwie pieczeni na jednym ogniu: szybciej dostałam się na wielbłądzi grzbiet i po wymianie danych kontaktowych miałam pamiątkowe zdjęcia.

safari 3
safari 2

Zanim nastał długo oczekiwany przeze mnie moment czyli otwarcie namiotu z darmowym jedzeniem arabskim w formie bufetu, robię sobie kolejny, już trzeci tatuaż (tym razem na prawej ręce), oraz zachodzę do damskiej toalety i jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem, bo okazuje się, że nawet pustynna toaleta w okolicy Dubaju jest ekskluzywna.

IMG_20140421_221539

Jedzenie tak mi smakuje, że idę po dokładkę, po czym rozsiadam wygodnie na poduszkach pod sceną i daję oczarować niezwykłej atmosferze nocy na pustyni wpatrzona w tańce jakich w życiu nie widziałam. Jestem też oczarowana muzyką arabską, więc następnego dnia kupuję płytę, która – mimo, iż kupiona w ciemno- okazuję się strzałem w dziesiątkę.

Special Tea..??

Special Tea..??

Nigdy nie dowiedziałam się co to jest ta ”special tea”, bo sklep był zamknięty. Domyślam się, że konceptem herbata zbliżona jest do ”szczęśliwej pizzy” w Kambodży lub ”kosmicznych ciasteczek” w Holandii…Ale mogę się mylić.

Obrazek

Dubaj

Obrazek

Moja druga noc w Dubaju skończyła się fatalnie… Miałam o tym nie wspominać ale na samą myśl o przemilczeniu pewnych faktów czułam się jak wtedy gdy na spowiedzi przemilczałam niektóre grzeszki. Jakoś mi umknęło, że mam słabą głowę, wrażliwy żołądek i niewiele zjadłam tego dnia czekając na powrót Asheet’a z pracy by zamówić razem jakieś hinduskie jedzenie na telefon. Nie dość, że wrócił późno to od razu poszedł na około 2-godzinną drzemkę, typowy facet. Mój żołądek w tym czasie zdążył skurczyć się do wielkości pestki arbuza, ale apetyt miałam wilczy.  Więc gdy w końcu jakiś dzieciak dowiózł nam jedzenie, połykałam bezmyślnie wielkie kęsy popijają różowym winem. Mimo, iż wypiliśmy do obiadu całą butelkę wina na pół i normalnie powinnam być lekko na rauszu, tym razem nic nie poczułam, a mieliśmy w planach wyjście do klubu żeby potańczyć. Więc mój gospodarz wpadł na genialny pomysł by strzelić kilka kieliszków tequili zapijając do tego whisky. Przyjęłam to z przerażeniem, ale nie miałam odwagi się postawić.  Narzucił takie tempo, że nawet facet by protestował, ale ja nie chcąc splamić honoru ojczyzny piłam dzielnie jak stary Soplica.

I mimo, że od wyjścia z domu nie wypiłam już ani kropli alkoholu, za to litry wody, karuzela w głowie kręciła się coraz szybciej, pamięć gdzieś umknęła, a wszystko co przełknęłam w pośpiechu zaczęło mi niebezpiecznie podchodzić do gardła. Mam kontynuować? W każdym razie, na moje nieszczęście kolejka w toalecie damskiej była zbyt długa, więc czując, że kryzys się zbliża wpadłam do męskiej toalety, z której po kilku minuty wyciągnął mnie Asheet ratując przed możliwym ukamienowaniem. Tej nocy udało mi się rozjuszyć cały świat muzułmański.

Następnego dnia próbowałam dojść do siebie i chyba jedyne co mi pomogło to świadomość, że wieczorem wychodziliśmy zobaczyć przedstawienie cyrkowo muzyczne ‘’The Imagineer’’, na które specjalnie do Dubaju przyleciałam inwestując resztę oszczędności i ryzykując tym samym powrót do Polski piechotą. Wystrojona i odmalowana jak lala razem z Asheetem zajechaliśmy na obrzeża Dubaju gdzie w obiekcie Mayden mieści się teatr. I gdy dojechaliśmy na miejsce, akurat w samą porę bez możliwości odwrotu, ja przebiegłam wzrokiem po informacji na bilecie i wtedy dopiero doczytałam, że trzeba się stawić z dokumentem tożsamości, takim jak paszport, prawo jazdy lub arabski dowód osobisty. A co ja miałam? Polski! Na szczęście ”przeszło”. Niestety przedstawienie okazało się rozczarowaniem roku i gdyby nie pokaz fontann na terenie Dubai Mall, który widzieliśmy tego wieczoru, to byłabym naburmuszona do samego wyjazdu. Ale widowisko było spektakularne i choćby dlatego warto było przylecieć do Dubaju.

Obrazek

Po dwóch dniach unikania światła dziennego wzięłam się w garść i wstałam wraz z nawoływaniem modlitewnym z pobliskiego meczetu. Za to w przeciwieństwie do braci Arabów, którzy zaczęli dzień od modlitwy , ja zaczęłam go od przerzucenia lodówki i szafek mojego gospodarza do góry nogami w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Okazało się, że 90% przestrzeni w lodówce hindusa jest zapchana różnego rodzaju alkoholem, w tym żołądkową gorzka. Butelki wysokoprocentowych trunków znalazłam też pod zlewem zaraz obok środków czystości. W końcu natrafiłam na ostatnie jajko i kromkę chleba tostowego i byłam wniebowzięta. Jakakolwiek pusta przestrzeń w żołądku dopełniłam lodami truskawkowymi zaraz po wyjściu z domu, uświadamiając sobie, że tak naprawdę nigdy nie jadłam lodów na śniadanie.

Obrazek

Choć zabrzmi to jak żart, tego dnia miałam coś w rodzaju planu zwiedzania Dubaju, koncentrując się na starej części gdzie mieści się Spice Market czyli bazar z przyprawami oraz pamiątkami. Widziałam ludzi wchodzących do muzeum, ale ja trzymałam się swoich niskich standardów ominęłam obiekt szerokim łukiem. Szkoda mi nawet było pamięci w telefonie żeby pstryknąć zdjęcie obiektu z zewnątrz. Za to potem zrobiłam około 5 fotek nowo zakupionym różowym  pantoflom, które zakupiłam w sklepie chińskim o ironio!

Obrazek

Nagabywania Arabów, którzy narzucali na mnie szale z kaszmiru, zmuszając tym samym do kupna, oraz tych, którzy prawie wpychali do swych sklepików po jakimś czasie zaczęło być męczące i miałam ochotę zawinąć się stamtąd czym prędzej. Ale potrzebowałam przypraw i innych drobiazgów, więc natręctwo sprzedawców rekompensowałam sobie podjadając ukradkiem orzeszki, suszone owoce i czekoladki w ich sklepach. A potem wytargowałam 30 dhs za chustę choć cwaniaczek, nazywając mnie ”frjend”, na początku zawołał sobie 130,nazywając to bezczelnie upustem!

Obrazek

Gdy ukończyłam misję i nie miałam zamiaru już niczego kupować, a torebka Prady czy Gucci była kompletnie poza dyskusją, dałam się namówić na wizytę w ‘’sklepie’’ z torebkami. I znowu trzeba być mną, żeby samotnie pójść za Arabem o rozbieganych oczkach w jakiś zaułek. Ale ja już miałam torebki w głowie! Zaczynam się rozglądać dookoła, ale żadnego sklepu ‘’niet’’. Ale przybywa dwóch Arabów którzy tak samo rozglądają się nerwowo na prawo i lewo, po czym otwierają drzwi w ścianie i każą mi szybko iść schodami na górę, co posłusznie robię. Coś mi mówi, że mnie nie zabiją ale w razie czego upewniam się z facetem, wchodząc do pokoju na piętrze, na co on zapewnia, że włos mi z głowy nie spadnie. Po czym, a dokładnie po około 5 minutach zaczyna przekraczać moją sferę osobistą, próbując jednocześnie wcisnąć torebkę Fendi. Pokazuję mu, gdzie jego miejsce i kontynuuję przeglądanie torebek. Facet mnie pogania ale przywracam go do pionu przypominając, że jestem kobietą i podejmowanie tak ważnej decyzji wymaga czasu. W końcu wskazuję torebkę Prady, która jest dość ciekawa i zaczynamy targować cenę. Z 280 dirhams udaje mi się ostatecznie wykłócić 100, po serii teatralnych wymarszów ze sklepu, kręcenia nosem i ostatecznie wyznania, że torebka mi się podoba, ale jej nie kocham. Facet nie rozumie, ale to już nie mój problem dlatego zdecydowanym krokiem wychodzę z budynku.

Po powrocie do domu zastaję w mieszkaniu kolejną podróżniczkę (znowu Laura), która nie spała od 48 godzin, ale mimo to wyciąga mnie na plaże. Wszystko tak się opóźniło, że na plaży byłyśmy przed 17:00 i posiedziałyśmy około 1,5 godziny. Nawet nie wchodziłam popływać bo ku mojemu rozczarowaniu woda nie była specjalnie ciepła. Wieczorem wszyscy w trójkę wyszliśmy do tego samego baru hinduskiego ‘’The Roof Top’’ , mieszczącego się na dachu hotelu Royal Ascott, a po jakimś czasie dołącza do nas kolega Asheeta o czarującym imieniu Osama…, pochodzący z Pakistanu. I znów to samo: Bollywood, shisha, przepyszne hinduskie jedzenie, henna oraz wyborne mango lassi serwowane w złotym pucharze. Tym razem zamawiam mały kieliszek białego wina, które smakuje jakby było nie tylko ‘’odparowane’’ to jeszcze rozcieńczone z kostką lodu, więc przez resztę wieczoru sączę wodę. Robię sobie też kolejną hennę, tym razem na ręcę, zastanawiając się jak ja wytrzymam bez mycia rąk przez kilka godzin.

Obrazek  Obrazek

Obrazek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bangkok – Kuala Lumpur – Dubaj

Obrazek

Gdy wczoraj po 7 rano zeszłam do recepcji Evan był już na nogach. Przez moment pomyślałam, że wstał wyjątkowo wcześniej by się ze mną pożegnać i zrobiło mi się miło. Ale on szybko rozwiał moje domysły mówiąc, że wstał bo ma dużo roboty, co musiało być prawdą, bo nie tylko nie uściskał mnie na pożegnanie ale prawie z ulgą wypchnął za drzwi. Zdążyłam jeszcze mu oznajmić, że na pewno tu wrócę. Przyjął to ze zmęczeniem na twarzy. Po drodze zaszłam ostatni raz do 7/11 po dwa jajka na twardo (do których w opakowaniu załączone jest maggi), jogurt i wodę, a przy okazji kupiłam pierwsze lepsze CD z przebojami tajskimi co by mi dodały otuchy na Islandii. Gdy prosiłam kasjera o pomoc w wyborze CD odwołałam się do muzyki festiwalowej, takiej jaką grają na proteście w parku nieopodal. Ale facet udał, że nie wie o czym mówię i zrobił minę jakbym opluła tajską flagę.

Czekając na lot byłam otoczona Arabami i już czułam się niekomfortowo. Miałam trochę szczęścia przy odprawie, bo gdy powiedziałam chłopakowi po co jadę do Dubaju ten wyznał, iż uwielbia musicale. Więc ignorując kolejkę turystów stojących za mną zagłębiliśmy się w inteligentną dyskusję na temat rozrywek kulturalnych, a przy okazji udało mi się przepchnąć torby które ważyły więcej niż powinny oraz zarezerwować siedzenie przy oknie, bez żadnego towarzystwa obok czy dzieci w zasięgu wzroku.

W międzyczasie odkryłam też, że do Kuala Lumpur oraz Dubaju lecę liniami Malaysia Airline i zaczęłam się zastanawiać jakie są szanse, że przeżyję. Jakby tego było mało przy sprawdzaniu bagażu podręcznego zabrali mi nóż, choć do tej pory – nawet w Chinach- przymykali na to oko. W sumie nie o nóż się tu rozchodzi tylko korkociąg załączony do niego. Już odruchowo zaczęłam się targować, zapominając, że nie jestem na bazarze, ale tym razem nic nie wskórałam. Jak zwykle ‘’los’’ postawił na mej drodze dżentelmenów, w tym jeden w rażąco różowych podkolanówkach, którzy dźwigali me torby wysapując ‘’Jak dajesz rade podróżować z takimi ciężarami?!’’ Udaje dzielną i nic nie wspominam, że tak naprawdę to od dawna nic nie dźwigałam, bo zawsze jakiś mężczyzna robi to za mnie.

Gdy zbliżamy się do Kuala Lumpur wygrzebuję aparat z torby pod nogami z zamiarem sfotografowania tego nowoczesnego miasta z lotu ptaka. ale na próżno wyglądam drapaczy chmur! Aż do samego lotniska jedyne co widzę przez okno to lasy palmowe i pola. Mam wierzyć, że to jest właśnie Kuala Lumpur!!?? Całą moja wiedza i wyobrażenie na temat stolicy Malezji okazało się więc dżunglą. I to nie z betonu.

Obrazek

Przy okazji zauważam, że urywa mi się rączka w torbie bagażu podręcznego, a że pasek urwał się jakiś czas temu w Hatyai, nie mam kompletnie pojęcia co zrobię jak rączka totalnie puści. Trzeba będzie znaleźć jakiś plecak w Dubaju, bo czeka mnie jeszcze kilka podróży zanim stanę na polskiej ziemi. W samolocie przez godzinę kombinowałam przy pasku, aż w końcu wpadłam na pomysł, który zwaliłby z nóg nawet  MacGyvera: załatwiłam sprawę z użyciem spinki do włosów!

Obrazek

Byłam chyba jedyną kobieta w samolocie, która odważyła się na krótkie szorty lecąc do świata muzułmańskiego. W połowie lotu jeden ze stewardów zaczął mnie otwarcie podrywać choć był tak młody, że mogłabym być jego ciocią. Podryw zaczął od przemycenia mi dwóch paczek solonych orzeszków ‘’peanuts’’ (Cholera! Nie pamiętam polskiej nazwy! ), zachodził do mnie na długie konwersacje kilka razy zapominając o pasażerach w swoim ‘’sektorze’’, a na koniec– dowiedziawszy się, że podróżuję samotnie- spytał otwarcie ‘’To co, Miss Zuzanna, co robisz dziś wieczorem?’’  Jednak szybko sprowadziłam go na ziemie oznajmiając, że odwiedzam znajomego płci męskiej i od tej pory miałam spokój. Tym razem obiad w samolocie był zdecydowanie poniżej moich standardów, a już przestępstwem było serwowanie ryżu zmieszanego z jakimś sosem kiedy ja lubię mój ryż nietknięty. Przełknęłam tą zniewagę popijając czerwonym Merlot i był to pierwszy raz kiedy poprosiłam o alkohol w samolocie. Za to sałatka z cieciorką i ciasto były całkiem niezłe i uratowały mnie przed śmiercią głodową. Najlepszym posiłkiem okazał się jednak croissant z pasta jajeczno-majonezową podany około 18:00.

Obrazek Obrazek

Na walizę w Dubaju czekałam tak długo, że jak w końcu pojawiła się na taśmie po drugiej stronie to miałam ochotę przeskoczyć tam i ją uściskać. Potem wielki czekaliśmy w kolejce do kontroli paszportów bo Ali Babom się nie spieszyło. Za to bez problemu dotarłam do mieszkania Asheet’a i po krótkim odpoczynku, ignorując moje zamęczenie i to, że facet następnego dnia musiał wcześnie wstać do pracy, postanowiliśmy pójść do jego ulubionego hinduskiego baru, który w tych dniach został przeistoczony w coś w rodzaju hinduskiej wioski.

Razem z nami poszła też Niemka Laura, która także zatrzymała się u Asheeta na dwie noce. Były tańce rodem z Bollywood w wykonaniu profesjonalnych tancerzy, Bollywoodzkie klipy na wielkich ekranach, darmowa henna, shisha, hinduskie jedzenie, które jest sensacyjne oraz oczywiście orzeźwiające koktajle z różnymi przyprawami, owocami i liśćmi świeżej mięty. Był to idealny pierwszy wieczór w tym niesamowitym mieście. Niestety moja ‘’dziara’’, mimo trzymania farby przez 4 godziny wyszła blado i już nie wyglądam jak ‘’dziewczyna z tatuażem’’….

Obrazek Obrazek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie 24 godziny w Tajlandii – Bangkok.

Ostatnie 24 godziny w Tajlandii - Bangkok.

Dzisiejszy dzień – łącznie z godzinami wczesnorannymi – ogłaszam dniem tortur i upokorzeń. A miało być tak miło…

Około 20:30 poprzedniego wieczoru wrzucili nas do dziwnego autokaru, w którym na dole znajdowało się coś w rodzaju loży dla vip-ów. Na początek poszłam na górę i miałam całkiem wygodne siedzenie, ale jakieś podpite towarzystwo zdominowało autokar i po godzinie łupania ”umc-umc-umc” byłam bliska szału, więc zeszłam na dół i ulokowałam się na małej powierzchni sofy gdzie jeszcze do pierwszego postoju o północy udało mi się rozprostować nogi dzięki uprzejmości Francuzki siedzącej po mojej prawe stronie.

Ale siedząca po lewej Hiszpanka koniecznie chyba chciała utwierdzić mnie w i tak już głębokim przekonaniu, że Hiszpanki nie są do końca normalne. Więc jeszcze w czasie postoju wróciła ze swym ”Enrycze” do autokaru, jak dwa karaluchy, sama usiadła na jego miejscu zajmując dwa fotele, a on rozłożył się na połowie kanapy, tak, że ani ja ani Francuzka nie miałyśmy co liczyć na normalna noc. Burak wypiął się tyłkiem i zasnął jak dzidzia, a ja zostałam z perspektywą siedzenia w skulonej pozycji z podkurczonymi nogami aż do piątej rano. Żeby dodać sobie otuchy myślałam o masażu, którym postanowiłam zrekompensować sobie tamte niewygody. Kombinowałam też jakby tu wbić się na fotel obok Hiszpanki, widząc, ze siedzi już tylko na jednym.

Okazja nadarzyła się gdy oboje się przebudzili. Wtedy to zaproponowałam Enrycze (wychodząc z założenia, że z facetem lepiej się sprawę załatwi) iż chętnie usiądę na fotelu żeby mógł sobie nogi rozprostować (sprytne podejście!). Ale ”Paloma” rzuciła mi takie spojrzenie, że jeszcze bardziej wbiło mnie w sofę. Enrycze okazał się bardziej ”przyjazny”, bo tylko podziękował za moją ”troskę” (tu chodziło o moja wygodę chłoptasiu) i zapewnił, że jest OK. Niestety!

Na szczęście czas szybko minął tej nocy i w końcu wyrzucili nas niedaleko słynnej dzielnicy Koh san road, a na nas czekali już z nosami przyklejonymi do zewnętrznej szyby autokaru kierowcy taksówek i tuk-tuków, witając wylewnie. Tym razem szybko udało mi się ich odgonić i ślizgając się po błocie powstałym po wodnych walkach i śmieciach oraz próbując nie zwymiotować od niemożliwego smrodu podreptałam bez celu w kierunku Koh san road. Dzięki życzliwości pijanych właścicieli jednego z hosteli, mogłam skorzystać z internetu, by dowiedzieć się o połączenie autobusowe miedzy KSR a Lumpini, gdzie znajduje się hostel Evana.

Chwilę potem jechałam uradowana autobusem nr 15, aż do momentu gdy wyrzucili mnie kawał drogi od hostelu. Po drodze mijałam pole biwakowe protestantów i na moment przeszło mi przez myśl by zajść na darmowe śniadanie, ale tu smród także był odrzucający.

Wiedząc, że Evan nie jest rannym ptaszkiem postanowiłam zajść do mego baru na kleik ryżowy i pech chciał, że na moście nad autostradą spotkałam swego wielbiciela (tak, tak: ten stary pijaczyna, na zdjęciu), który bezwstydnie – nie oglądając się na innych – zawołał ”Do zobaczenia dziś wieczorem! ” Bo tak się składa, że zawsze o tej samej porze wieczorem mijaliśmy się w tym samym barze. No i rzeczywiście był tam potem tego wieczoru…

Gdy Śpiąca Królewna czyli Evan w końcu otworzył mi drzwi, pod którymi siedziałam jak bezdomna jakieś pół godziny, ja ledwo stałam na nogach ze zmęczenia. Udało mi się trochę zdrzemnąć ale już po 11 miałam pobudkę w postaci klepiącej bezsensownie i głośno do telefonu tajskiej sprzątaczki, a że był to mój ostatni dzień więc było mi wszystko jedno. Już kiedyś wspominałam, że ściany w pokoju są ”dziurawe” a babka, dając mopowi odpocząć usadowiła się wygodnie pod moją sypialnią i trajkotała jak maszyna. Wysunęłam się z pokoju i ze stanowczością na twarzy przyłożyłam palec do ust dając do zrozumienia, że ma być cicho. I stał się cud – babka skończyła tą niesamowicie ważną dyskusję i wróciła do sprzątania.

Ale ja już nie mogłam ponownie usnąć więc zabrałam się za pakowanie. Jakbym nie dość miała wrażeń tego dnia to z walizki, spod ciuchów, wylazł wielki karaluch, którego dla dobra innych zdeptałam. Mam cały czas nadzieję, że już nic innego mi tam nie wlazło. Gdy spytałam Evana o wagę, by zważyć walizę, on zasugerował bym skorzystała z wagi ulicznej, z której dowiem się też swojej wagi (czy coś sugerujesz ”przyjacielu”?)

Potem wybrałam się na masaż, który okazał się najgorszym i najbardziej bolesnym (mimo dwukrotnej prośby o delikatny masaż) i jedyne co przychodzi mi do głowy to, że babka uczyła się ”sztuki masażu” na youtube, a oprócz tego miała bardzo zły dzień. A może to czysta ”karma” czyli zemsta losu za zdeptanie karalucha? Tym razem nie dałam napiwku. Ona nawet ignorowała moje prośby o delikatniejszy ucisk oraz łzy napływające mi do oczu. Prawdziwa sadystka.

I tak oto minął mi ostatni dzień w tym rajskim kraju, a jutro wyruszam na podbój Dubaju. Do usłyszenia!

Obrazek

Tajski Nowy Rok, Tajski masaż, oraz trening asertywności

Coś się stało z moją weną ostatnio bo to już trzeci dzień, że otwieram Word’a i gapię się tępo na białą ‘’kartkę’’. Przez wysoki poziom adrenaliny i kortyzolu przez trzy poprzednie noce zaledwie drzemałam, zasypiając około 4-5 rano przeliczywszy wszystkie możliwe barany i czarne owce. Może powinnam była liczyć tygrysy i małpy? Budziłam się za to już po 6.00 czując niezdrowo pobudzona, tak jakbym cała noc sączyła skrzynkę red bulli na przemian z kawą. Za to moja kreatywność spała więc jakiekolwiek próby sklejenia zdania kończyły się tak jak próby mojego brata by napisać więcej niż pół strony na maturze pisemnej z polskiego…(wybacz B.!)

Obrazek

A tyle się dzieje ostatnio: mamy kolejny ‘’Nowy Rok’’ – dla mnie już czwarty w tym roku, zaczął się Festiwal Wody, przeżyłam wczoraj tajski masaż, kupiłam w końcu sandały idąc do sklepu po arbuza, spróbowałam śmierdzący owoc durian i starłam z ‘’sąsiadem’’ z pokoju obok w ramach treningu asertywności. A jest to prawdziwy burak, którego rodzice nie nauczyli szacunku dla innych, a przynajmniej tego jak się zamyka drzwi. Po tamtych trzech ciężkich nocach byłam tak rozdrażniona i ‘’wypluta’’, że nawet nocny market nie robił na mnie wrażenia, a to znaczyło, że naprawdę potrzebowałam snu. Po powrocie z tajskiego masażu, z którego wracałam kulejąc, opróżniłam opakowanie tabletek ziołowych i schowałam wszystkie sprzęty elektroniczne przyznając się sama przed sobą, że jestem uzależniona od internetu i to głównie przez to nie mogę się wyciszyć. I  gdy postanawiam wcześniej iść spać słyszę kolejną serię trzaśnięć drzwiami w pokoju obok. Mając do wyboru a) złożenie donosu, b) wsunięcie listu w szparę w drzwiach, c) konfrontację tête-à-tête, wybieram to ostatnie. Widocznie przeżycie masażu tajskiego 15 minut wcześniej dodało mi pewności siebie i odwagi.

Moje pukanie do drzwi zostało dwa razy zignorowane, ale skoro do trzech razy sztuka, a ja jestem zodiakalnym Bykiem więc pukam konsekwentnie po raz trzeci. Drzwi otwiera skudlony, półnagi i zaspany ‘’misio’’ , który drapie się pod pachą i pyta ‘’Co tam?’’. Już wiem, że mam do czynienia z dużym dzieckiem, więc wcielam się w role przedszkolanki i tonem nie znoszącym sprzeciwu przedstawiam mu swój problem. Mówię coś w stylu ‘’Jasiu, proszę od tej pory nie trzaskać drzwiami tylko zamykać je ciszej, dobrze?’’ Przez chwilę ‘’misio’’ patrzy na mnie w cyniczny sposób po czym spuszcza wzrok na niewidzialny zegarek na ręce i z głupawym uśmieszkiem zaczyna ‘’Ale…’’, na co ja mu przerywam by  przypomnieć, że już jest ‘’cisza nocna’’. Kiedy zaczyna zamykać mi drzwi przed nosem udaje mi się jeszcze wymusić obietnicę, że rano postara się użyć klamki. Wracam do pokoju i za jakiś czas słyszę, że facet wychodzi zamykając drzwi cichuteńko. Niestety był to pierwszy i ostatni raz. Moja informacja długo nie zabawiła w jego skudlonej główce.

Wczoraj zorientowałam się, że podczas mego kilkutygodniowego pobytu w Tajlandii tylko raz poszłam na tajski masaż. I gdyby nie rekomendacja pewnego miejsca tu w Krabi od napotkanej turystki to prawdopodobnie nie zawracałabym sobie już więcej głowy. Ale ona tak zachwalała masażystę płci męskiej, że nie pozostało mi nic innego jak samej się przekonać. Już na wejściu czułam się jak dziewczyna Bonda. Drzwi otworzyli mi przystojni pracownicy i po chwili stąpałam po czerwonym dywanie rozścielonym aż do biurka recepcjonistki. Grupa młodych mężczyzn zaskoczyła mnie na wejściu pytaniem ‘’Którego z nas chcesz?’’, a że byłam w zabawnym nastroju po zjedzeniu lodów na obiad odpowiadam ‘’Wszystkich!’’ Mimo, że zaznaczyłam recepcjonistce, ze chcę męskiego masażystę, podchodzi do mnie drobna kobieta i gdy zaczyna masować zaczynając od stóp muszę ją powstrzymać i wyjaśnić nieporozumienie. A że Tajowie szybko się urażają babka wybiega z pokoju wyraźnie urażona.

 Po około 10 minutach czekania zaczynam się niecierpliwić, ale wtedy do pokoju wchodzi dobrze zbudowany Taj, który na początku zachowuje się tak jakbym obraziła jego matkę. A może to była jego matka? Zamiast zabierać się do roboty to stoi sobie jak młody Apollo i popija soczek z arbuza, po czym pyta mnie ‘’Co chcesz?’’ Jestem pod wielkim wrażeniem jego lekceważącej postawy wobec mnie, bo do tej pory wszędzie bili mi pokłony i nazywali madame/lady/miss. Proszę go tylko by był delikatny masując okolice ramion, co dla mnie jest zawsze bolesne, i od tej pory siedzę cicho i pokornie znoszę miażdżenie mych kości i rozrywanie ścięgien.  Tajski masaż w jego wykonaniu był genialny i totalnie inny od tego, który miałam na północy w Chiang Mai. Każdy masaż w Azji zaczynał się zresztą od stóp, u niego masaż zaczął się od pleców i tyłka.  Poza tym facet okazał się ‘’wszechstronny’’ – potrafił masować mnie jedną ręką a w drugiej trzymał soczek. Skąd wiem? Słyszałam ciche siorbanie!

Obrazek

Następnego dnia czyli dziś obudziłam się z samego rana i poszłam na śniadanie na ‘’Dzienny Market’’. Po drodze mijam stoisko z durianem (śmierdzącym owocem) i myślę ‘’teraz albo nigdy’’. Kupuję tylko 10dkg na spróbowanie, zresztą okazuje się, że ogromna pestka jest pokryta niewielką ilością miękkiej, rozpływającej się w ustach masy (więc płacę za pestkę, tak???). To co teraz napisze może komuś obrzydzić ten azjatycki przysmak, ale muszę być kompletnie szczera. Owoc smakuje jak mięciutka wątróbka smażona z cebulka, bez majeranku oczywiście. A że uwielbiam organy, zwłaszcza wątróbkę, zaczynam pluć sobie w twarz, że wcześniej nie spróbowałam duriana.

Obrazek

Na markecie dowiaduję się też, że dziś zaczął się festiwal wody i jeszcze nie wiem co to znaczy i w czym ja sama będę brała udział, zapominając kompletnie ile mam lat. Śmigus Dyngus to pikuś w porównaniu do tego tajskiego szaleństwa. Wracając z marketu widzę czających się na mnie kierowców tuk-tuków z plastikowymi kolorowymi pistoletami i już z daleka grożę im palcem oraz morduje spojrzeniem więc zostawiają mnie w spokoju. Nawet mi do głowy nie przychodzi, że za niecałą godzinę będę na boso latała po ulicy z wiadrami wody, ociekająca wodą i umazana jakimś pudrem.

Obrazek Obrazek

Przez kilka godzin brałam udział w ulicznych walkach, nawet wskoczyłam do przyczepy wiozącej 2 baniaki wody i grupę ludzi. Tam dorwałam pistolet, ale ‘’sikał’’ jak komar więc od tej pory wodę nabierałam miską. Samochód jechał do odleglej miejscowości więc w połowie drogi razem z innym turystą zeskoczyliśmy z przyczepy i wracaliśmy pól drogi piechotą,  będąc regularnie polewani wiadrami lodowatej wody i oklepywani pudrem po twarzy. Gdy mieliśmy dość wskoczyliśmy do innej przyczepy gdzie trójka tajskich dzieci ładowała nam pistolety i napełniała miski wodą. Po powrocie do hotelu byłam zmęczona, że z trudem powstrzymałam się by nie zasnąć na chwilę. Apetyt też miałam wilczy więc zamówiłam naleśnika z ananasem i był to NAJLEPSZY NALEŚNIK jaki w życiu jadłam!!! Czysta perfekcja!

Obrazek

 

 

 

Krabi

Obrazek

Po nieudanym pobycie w Songkhla decyduję się na miejscowość, która chodziła mi po głowie od powrotu z Kambodży i tym sposobem od dwóch dni żyje w raju na ziemi. Nawet udało mi się zarezerwować wcześniej pokój w Hotelu o nazwie ”Good Dream” i rzeczywiście śpię tu całkiem dobrze. Gdy w końcu wygrzebałam się z łóżka pierwszego dnia (próbując odespać nieprzespane noce u Puk) była 10 rano więc zero szansy na uliczne śniadanie. Nie mając specjalnie pomysłu na poranny posiłek wlałam w siebie red bulla i po rozmowie z przystojniakiem na rogu ulicy decyduje się na rejs łodzią motorową na plaże Railey. Daję się też zaprosić na kolację we włoskiej restauracji prowadzonej przez prawdziwego Włocha.

Obrazek

Widoki zapierające dech w piersiach, ale trzeba się urodzić mną by pomimo tego wszystkiego narzekać na cokolwiek! No więc co tym razem? Woda za płytka, do tego przy brzegu stanowczo za ciepła, oraz pełno kamieni na dnie. Chyba jeszcze nie wspomniałam, że ogólnie było za gorąco..?? Ale mimo to nacieram się kremem z UV 50+ i ignorując nauczki z przeszłości oraz ostrzeżenia na tubie kremu, od 12:00 do 14:00 leżę plackiem zdając się na tortury bezlitosnego słońca. W końcu nie daję rady dłużej, kupuję bilet powrotny, ale że łódź nie ruszy dopóki nie zbiorą 8 osób męczę się kolejna godzinę stojąc w słońcu na własne życzenie.

Po powrocie zaczynam kombinować skąd wziąć gotówkę, bo punkt wymiany walut jest zamknięty a z bankomatów nie korzystam bo pobierają niekorzystna opłatę. Dzielę się swym ”dylematem” z właścicielka hotelu, która bez słowa wręcza mi 500 bahtów. Tego wieczoru po raz pierwszy decyduję się na makaron z owocami morza, tylko dlatego, że nie mają pasta carbonara w menu. Do tego pijemy dwa duże kieliszki wybornego białego wina i wtedy uświadamiam sobie, że nie piłam go od miesięcy. Wieczór jest bardzo udany ale jak to mówią ”What happens in Vegas stays in Vegas”..

Obrazek

Previous Older Entries