Tajski Nowy Rok, Tajski masaż, oraz trening asertywności

Coś się stało z moją weną ostatnio bo to już trzeci dzień, że otwieram Word’a i gapię się tępo na białą ‘’kartkę’’. Przez wysoki poziom adrenaliny i kortyzolu przez trzy poprzednie noce zaledwie drzemałam, zasypiając około 4-5 rano przeliczywszy wszystkie możliwe barany i czarne owce. Może powinnam była liczyć tygrysy i małpy? Budziłam się za to już po 6.00 czując niezdrowo pobudzona, tak jakbym cała noc sączyła skrzynkę red bulli na przemian z kawą. Za to moja kreatywność spała więc jakiekolwiek próby sklejenia zdania kończyły się tak jak próby mojego brata by napisać więcej niż pół strony na maturze pisemnej z polskiego…(wybacz B.!)

Obrazek

A tyle się dzieje ostatnio: mamy kolejny ‘’Nowy Rok’’ – dla mnie już czwarty w tym roku, zaczął się Festiwal Wody, przeżyłam wczoraj tajski masaż, kupiłam w końcu sandały idąc do sklepu po arbuza, spróbowałam śmierdzący owoc durian i starłam z ‘’sąsiadem’’ z pokoju obok w ramach treningu asertywności. A jest to prawdziwy burak, którego rodzice nie nauczyli szacunku dla innych, a przynajmniej tego jak się zamyka drzwi. Po tamtych trzech ciężkich nocach byłam tak rozdrażniona i ‘’wypluta’’, że nawet nocny market nie robił na mnie wrażenia, a to znaczyło, że naprawdę potrzebowałam snu. Po powrocie z tajskiego masażu, z którego wracałam kulejąc, opróżniłam opakowanie tabletek ziołowych i schowałam wszystkie sprzęty elektroniczne przyznając się sama przed sobą, że jestem uzależniona od internetu i to głównie przez to nie mogę się wyciszyć. I  gdy postanawiam wcześniej iść spać słyszę kolejną serię trzaśnięć drzwiami w pokoju obok. Mając do wyboru a) złożenie donosu, b) wsunięcie listu w szparę w drzwiach, c) konfrontację tête-à-tête, wybieram to ostatnie. Widocznie przeżycie masażu tajskiego 15 minut wcześniej dodało mi pewności siebie i odwagi.

Moje pukanie do drzwi zostało dwa razy zignorowane, ale skoro do trzech razy sztuka, a ja jestem zodiakalnym Bykiem więc pukam konsekwentnie po raz trzeci. Drzwi otwiera skudlony, półnagi i zaspany ‘’misio’’ , który drapie się pod pachą i pyta ‘’Co tam?’’. Już wiem, że mam do czynienia z dużym dzieckiem, więc wcielam się w role przedszkolanki i tonem nie znoszącym sprzeciwu przedstawiam mu swój problem. Mówię coś w stylu ‘’Jasiu, proszę od tej pory nie trzaskać drzwiami tylko zamykać je ciszej, dobrze?’’ Przez chwilę ‘’misio’’ patrzy na mnie w cyniczny sposób po czym spuszcza wzrok na niewidzialny zegarek na ręce i z głupawym uśmieszkiem zaczyna ‘’Ale…’’, na co ja mu przerywam by  przypomnieć, że już jest ‘’cisza nocna’’. Kiedy zaczyna zamykać mi drzwi przed nosem udaje mi się jeszcze wymusić obietnicę, że rano postara się użyć klamki. Wracam do pokoju i za jakiś czas słyszę, że facet wychodzi zamykając drzwi cichuteńko. Niestety był to pierwszy i ostatni raz. Moja informacja długo nie zabawiła w jego skudlonej główce.

Wczoraj zorientowałam się, że podczas mego kilkutygodniowego pobytu w Tajlandii tylko raz poszłam na tajski masaż. I gdyby nie rekomendacja pewnego miejsca tu w Krabi od napotkanej turystki to prawdopodobnie nie zawracałabym sobie już więcej głowy. Ale ona tak zachwalała masażystę płci męskiej, że nie pozostało mi nic innego jak samej się przekonać. Już na wejściu czułam się jak dziewczyna Bonda. Drzwi otworzyli mi przystojni pracownicy i po chwili stąpałam po czerwonym dywanie rozścielonym aż do biurka recepcjonistki. Grupa młodych mężczyzn zaskoczyła mnie na wejściu pytaniem ‘’Którego z nas chcesz?’’, a że byłam w zabawnym nastroju po zjedzeniu lodów na obiad odpowiadam ‘’Wszystkich!’’ Mimo, że zaznaczyłam recepcjonistce, ze chcę męskiego masażystę, podchodzi do mnie drobna kobieta i gdy zaczyna masować zaczynając od stóp muszę ją powstrzymać i wyjaśnić nieporozumienie. A że Tajowie szybko się urażają babka wybiega z pokoju wyraźnie urażona.

 Po około 10 minutach czekania zaczynam się niecierpliwić, ale wtedy do pokoju wchodzi dobrze zbudowany Taj, który na początku zachowuje się tak jakbym obraziła jego matkę. A może to była jego matka? Zamiast zabierać się do roboty to stoi sobie jak młody Apollo i popija soczek z arbuza, po czym pyta mnie ‘’Co chcesz?’’ Jestem pod wielkim wrażeniem jego lekceważącej postawy wobec mnie, bo do tej pory wszędzie bili mi pokłony i nazywali madame/lady/miss. Proszę go tylko by był delikatny masując okolice ramion, co dla mnie jest zawsze bolesne, i od tej pory siedzę cicho i pokornie znoszę miażdżenie mych kości i rozrywanie ścięgien.  Tajski masaż w jego wykonaniu był genialny i totalnie inny od tego, który miałam na północy w Chiang Mai. Każdy masaż w Azji zaczynał się zresztą od stóp, u niego masaż zaczął się od pleców i tyłka.  Poza tym facet okazał się ‘’wszechstronny’’ – potrafił masować mnie jedną ręką a w drugiej trzymał soczek. Skąd wiem? Słyszałam ciche siorbanie!

Obrazek

Następnego dnia czyli dziś obudziłam się z samego rana i poszłam na śniadanie na ‘’Dzienny Market’’. Po drodze mijam stoisko z durianem (śmierdzącym owocem) i myślę ‘’teraz albo nigdy’’. Kupuję tylko 10dkg na spróbowanie, zresztą okazuje się, że ogromna pestka jest pokryta niewielką ilością miękkiej, rozpływającej się w ustach masy (więc płacę za pestkę, tak???). To co teraz napisze może komuś obrzydzić ten azjatycki przysmak, ale muszę być kompletnie szczera. Owoc smakuje jak mięciutka wątróbka smażona z cebulka, bez majeranku oczywiście. A że uwielbiam organy, zwłaszcza wątróbkę, zaczynam pluć sobie w twarz, że wcześniej nie spróbowałam duriana.

Obrazek

Na markecie dowiaduję się też, że dziś zaczął się festiwal wody i jeszcze nie wiem co to znaczy i w czym ja sama będę brała udział, zapominając kompletnie ile mam lat. Śmigus Dyngus to pikuś w porównaniu do tego tajskiego szaleństwa. Wracając z marketu widzę czających się na mnie kierowców tuk-tuków z plastikowymi kolorowymi pistoletami i już z daleka grożę im palcem oraz morduje spojrzeniem więc zostawiają mnie w spokoju. Nawet mi do głowy nie przychodzi, że za niecałą godzinę będę na boso latała po ulicy z wiadrami wody, ociekająca wodą i umazana jakimś pudrem.

Obrazek Obrazek

Przez kilka godzin brałam udział w ulicznych walkach, nawet wskoczyłam do przyczepy wiozącej 2 baniaki wody i grupę ludzi. Tam dorwałam pistolet, ale ‘’sikał’’ jak komar więc od tej pory wodę nabierałam miską. Samochód jechał do odleglej miejscowości więc w połowie drogi razem z innym turystą zeskoczyliśmy z przyczepy i wracaliśmy pól drogi piechotą,  będąc regularnie polewani wiadrami lodowatej wody i oklepywani pudrem po twarzy. Gdy mieliśmy dość wskoczyliśmy do innej przyczepy gdzie trójka tajskich dzieci ładowała nam pistolety i napełniała miski wodą. Po powrocie do hotelu byłam zmęczona, że z trudem powstrzymałam się by nie zasnąć na chwilę. Apetyt też miałam wilczy więc zamówiłam naleśnika z ananasem i był to NAJLEPSZY NALEŚNIK jaki w życiu jadłam!!! Czysta perfekcja!

Obrazek

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: