Ostatnie 24 godziny w Tajlandii – Bangkok.

Ostatnie 24 godziny w Tajlandii - Bangkok.

Dzisiejszy dzień – łącznie z godzinami wczesnorannymi – ogłaszam dniem tortur i upokorzeń. A miało być tak miło…

Około 20:30 poprzedniego wieczoru wrzucili nas do dziwnego autokaru, w którym na dole znajdowało się coś w rodzaju loży dla vip-ów. Na początek poszłam na górę i miałam całkiem wygodne siedzenie, ale jakieś podpite towarzystwo zdominowało autokar i po godzinie łupania ”umc-umc-umc” byłam bliska szału, więc zeszłam na dół i ulokowałam się na małej powierzchni sofy gdzie jeszcze do pierwszego postoju o północy udało mi się rozprostować nogi dzięki uprzejmości Francuzki siedzącej po mojej prawe stronie.

Ale siedząca po lewej Hiszpanka koniecznie chyba chciała utwierdzić mnie w i tak już głębokim przekonaniu, że Hiszpanki nie są do końca normalne. Więc jeszcze w czasie postoju wróciła ze swym ”Enrycze” do autokaru, jak dwa karaluchy, sama usiadła na jego miejscu zajmując dwa fotele, a on rozłożył się na połowie kanapy, tak, że ani ja ani Francuzka nie miałyśmy co liczyć na normalna noc. Burak wypiął się tyłkiem i zasnął jak dzidzia, a ja zostałam z perspektywą siedzenia w skulonej pozycji z podkurczonymi nogami aż do piątej rano. Żeby dodać sobie otuchy myślałam o masażu, którym postanowiłam zrekompensować sobie tamte niewygody. Kombinowałam też jakby tu wbić się na fotel obok Hiszpanki, widząc, ze siedzi już tylko na jednym.

Okazja nadarzyła się gdy oboje się przebudzili. Wtedy to zaproponowałam Enrycze (wychodząc z założenia, że z facetem lepiej się sprawę załatwi) iż chętnie usiądę na fotelu żeby mógł sobie nogi rozprostować (sprytne podejście!). Ale ”Paloma” rzuciła mi takie spojrzenie, że jeszcze bardziej wbiło mnie w sofę. Enrycze okazał się bardziej ”przyjazny”, bo tylko podziękował za moją ”troskę” (tu chodziło o moja wygodę chłoptasiu) i zapewnił, że jest OK. Niestety!

Na szczęście czas szybko minął tej nocy i w końcu wyrzucili nas niedaleko słynnej dzielnicy Koh san road, a na nas czekali już z nosami przyklejonymi do zewnętrznej szyby autokaru kierowcy taksówek i tuk-tuków, witając wylewnie. Tym razem szybko udało mi się ich odgonić i ślizgając się po błocie powstałym po wodnych walkach i śmieciach oraz próbując nie zwymiotować od niemożliwego smrodu podreptałam bez celu w kierunku Koh san road. Dzięki życzliwości pijanych właścicieli jednego z hosteli, mogłam skorzystać z internetu, by dowiedzieć się o połączenie autobusowe miedzy KSR a Lumpini, gdzie znajduje się hostel Evana.

Chwilę potem jechałam uradowana autobusem nr 15, aż do momentu gdy wyrzucili mnie kawał drogi od hostelu. Po drodze mijałam pole biwakowe protestantów i na moment przeszło mi przez myśl by zajść na darmowe śniadanie, ale tu smród także był odrzucający.

Wiedząc, że Evan nie jest rannym ptaszkiem postanowiłam zajść do mego baru na kleik ryżowy i pech chciał, że na moście nad autostradą spotkałam swego wielbiciela (tak, tak: ten stary pijaczyna, na zdjęciu), który bezwstydnie – nie oglądając się na innych – zawołał ”Do zobaczenia dziś wieczorem! ” Bo tak się składa, że zawsze o tej samej porze wieczorem mijaliśmy się w tym samym barze. No i rzeczywiście był tam potem tego wieczoru…

Gdy Śpiąca Królewna czyli Evan w końcu otworzył mi drzwi, pod którymi siedziałam jak bezdomna jakieś pół godziny, ja ledwo stałam na nogach ze zmęczenia. Udało mi się trochę zdrzemnąć ale już po 11 miałam pobudkę w postaci klepiącej bezsensownie i głośno do telefonu tajskiej sprzątaczki, a że był to mój ostatni dzień więc było mi wszystko jedno. Już kiedyś wspominałam, że ściany w pokoju są ”dziurawe” a babka, dając mopowi odpocząć usadowiła się wygodnie pod moją sypialnią i trajkotała jak maszyna. Wysunęłam się z pokoju i ze stanowczością na twarzy przyłożyłam palec do ust dając do zrozumienia, że ma być cicho. I stał się cud – babka skończyła tą niesamowicie ważną dyskusję i wróciła do sprzątania.

Ale ja już nie mogłam ponownie usnąć więc zabrałam się za pakowanie. Jakbym nie dość miała wrażeń tego dnia to z walizki, spod ciuchów, wylazł wielki karaluch, którego dla dobra innych zdeptałam. Mam cały czas nadzieję, że już nic innego mi tam nie wlazło. Gdy spytałam Evana o wagę, by zważyć walizę, on zasugerował bym skorzystała z wagi ulicznej, z której dowiem się też swojej wagi (czy coś sugerujesz ”przyjacielu”?)

Potem wybrałam się na masaż, który okazał się najgorszym i najbardziej bolesnym (mimo dwukrotnej prośby o delikatny masaż) i jedyne co przychodzi mi do głowy to, że babka uczyła się ”sztuki masażu” na youtube, a oprócz tego miała bardzo zły dzień. A może to czysta ”karma” czyli zemsta losu za zdeptanie karalucha? Tym razem nie dałam napiwku. Ona nawet ignorowała moje prośby o delikatniejszy ucisk oraz łzy napływające mi do oczu. Prawdziwa sadystka.

I tak oto minął mi ostatni dzień w tym rajskim kraju, a jutro wyruszam na podbój Dubaju. Do usłyszenia!

Reklamy

Obrazek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: