IMG_20140810_133848[1]

Po około 15 godzinach średnio wygodnej podróży autokarem dobijamy wreszcie do Werony. Nie wiemy za bardzo gdzie jesteśmy więc sms-uję z naszym pierwszym gospodarzem by ustalić miejsce spotkania, po czym kierujemy się w stronę dworca kompletnie na wyczucie. Taka babska intuicja przez którą my kobiety zwykle się gubimy tym razem zaprowadziła nas do celu.

Mija kilka minut zanim w końcu się rozpoznajemy i od razu dajemy zaprosić na małe esspresso i pogawędkę w kolejowym barze. Ponieważ nie wyglądamy jak kryminalistki tylko wymęczone podróżą, desperacko potrzebującymi prysznica turystkami na niskim budżecie, Giovanni pakuje nas do maleńkiego auta swojej lokatorki i zabiera do domu. Dostajemy zacieniony pokój na piętrze  z małżeńskim łożem (???) i kurzem na półkach. Po krótkiej prezentacji ”co, gdzie i jak” facet wskakuje spowrotem do auta by za chwilę przywieżć jeszcze dwie couchsurferki. Okazują się nimi zadufane w sobie, żarłoczne i jak się potem okazało mało komunikatywne Amerykanki, które przyjechały do Werony by coś tam zaśpiewać sopranem na tamtejszej Arenie. Następnego dnia skarżyły się nam, że wszyscy inni fałszowali.

Amerykanki od razu usiadły ”do koryta” (używając terminologii mojej mamy), zmuszając Giovanniego do opróżnienia swojej i tak skromnie zaopatrzonej lodówki oraz stania przy garach przez następne pół godziny. Efekt był taki, że na naszych talerzach ląduje niedogotowany makaron, któremu daleko do al dente, a dodatkowo zmuszone jesteśmy do opróżnienia talerza z mozzarelą i prosciutto, na które niekoniecznie miałam ochotę tego ranka. Nie muszę też chyba komentować faktu posilania się-w ramach śniadania-kopiastą porcją makaronu, co dla Amerykanek wydawało się chlebem powszednim, bo zabrały się do pałaszowania swoich amerykańskich porcji bez mrugnięcia okiem. My natomiast na widok tych porcji wpadłyśmy w panikę i zanim Giovanni otworzył kolejne opakowanie makaronu wybłagałyśmy go by zrzucił nam na talerze resztki ”pasty”, które nie wiadomo czemu zostawił w garnku zamiast opróżnić na talerze ”sopranistek”. I pomyśleć, że całą drogę w autokarze wyobrażałam sobie czekające na nas złociste croissanty i świeżo zmielona kawa z amaretto. Moje niedoczekanie!

Po śniadaniu wskoczyłyśmy na rower i znów na wyczucie udałyśmy się do centrum miasta gdzie już na sam początek zafundowałyśmy sobie po ”gałeczce”, ja pistacjową a Gośka melonową. Z tak zaczętym pierwszym dniem naszego dwutygodniowego urlopu nie miałam już żadnych wątpliwości, że po powrocie popłyną gorzkie łzy nad łazienkową wagą.

Spacerując uliczkami w poszukiwaniu sklepu spożywczego lądujemy przypadkowo pod balkonem Julii, na którym szczerzyła się jakaś para, którzy na pewno Julią i Romeo nie byli, tym bardziej, że wyglądali na Azjatów. Ja pokręciłam się chwilkę po sklepie z pamiątkami gdzie rzecz jasna nic nie kupiłam, potem pstryknęłam zdjęcie Gosi trzymającej Julię za cycek, po czym kontynuowałyśmy nasze poszukiwania sklepu by zaopatrzyć się w wodę mineralną. Niestety nic nie pojawiało się na horyzoncie a nasze pragnienie sięgnęło zenitu więc wchodzimy do pierwszego lepszego baru i zamawiamy 2 kieliszki wytrawnego wina, którego jest dosłownie na 2 łyki i które tylko potęguje nasze pragnienie. Zamawiamy więc wodę mineralną (czemu od razu tego nie zrobiłyśmy?) i z namaszczeniem sączymy ten drogocenny trunek.

Spotykamy się wieczorem w domu z Giovannim na obiadokolacji. Miała być pizza, ale co w naszym rozumieniu jest jedną pizzą, w rozumowaniu Włocho-Niemca (bo takie korzenie ma nasz ”host”) jest pięcioma pizzami suto spłukiwanymi piwem Corona i białym winem w układzie pokarmowym. Szczodrość Giovanniego przerasta nasze wyobrażenia aż do końca naszego pobytu we Włoszech. Z obciążonymi żołądkami udajemy się na spoczynek olewając zaproszenie Amerykanek by przyjść na ich występ na Arenie tego właśnie wieczoru.

Reklamy

Powrót

No i tu mam na myśli powrót do blogowania oczywiście. Nic sensownego nie przychodzi mi jednak do głowy by wytłumaczyć prawie roczne lenistwo i ciszę, choć jakbym miała się ”wyzewnętrzniać” (istnieje takie słowo w ogóle???) to byłoby tego trochę. Co prawda, stając we własnej obronie muszę przyznać, że dwa miesiące tej ciszy rzeczywiście pracowałam jak tytan na Islandii i miałam naprawdę o czym pisać ale moje zarządzanie czasem było fatalne a nadmiar wrażeń po prostu przerósł. Niewinny wylot na wyspę w celu zarobkowym przeobraził się w dramat psychologiczny z nutką thrillera, ale o tym kiedy indziej napiszę. I to raczej nie na blogu; myślę że to byłby świetny materiał na książkę lub scenariusz.

Po Islandii kolejnym krajem, do którego się wybrałam, ale już nie sama i nie w celach zarobkowych to północne Włochy. Minęło już pół roku od naszego, czyli mojego i ”Małgorzaty”, wypadu. Tak długie ociąganie się by w końcu zabrać się za spisywanie wspomnień z wakacji zmusza mnie do koloryzowania w niektórych miejscach by nadać dynamiki wydarzeniom oraz wypełnić luki w tekście. To tak pół żartem pół serio.

Serio natomiast był nasz plan by spędzić dwa tygodnie nad jeziorem Garda. Jednak skończyło się na tym, że objechałyśmy Weronę, Bolonię, Florencję, Pizę i Genowę zanim dotarłyśmy nad słynne jezioro. Budżet był ciasny jak legginsy na tyłku Kim Kardashian, a może nawet ciaśniejszy bo pod koniec urlopu jadłyśmy ”puszki” i bułki kupione w sklepie a nie na stoisku z sandwichami, a z dworca PKP do mojego domu wzięłyśmy znajomą taksówkę, za którą nie musiałyśmy płacić.
Do Włoch udałyśmy się i wróciłyśmy autokarem firmy Sindbad, więc wyszło taniej niż samolot, a w samych Włoszech liczyłyśmy na Couchsurfing i szczęście, któremu miał pomóc nasz urok osobisty, który tak działa na Włochów jak paszteciki Whiskas na kota mojej sąsiadki (nic innego nie je). I nie przeliczyłyśmy się – były to jedne z najfajniejszych i najtańszych wakacji i gdyby nie lody, na które wydałyśmy fortunę to zapewne wróciłybyśmy z jakąś przyzwoitą gotówką w kieszeni.
A więc od początku.