Bolonia

IMG_20140812_174330[1]

W końcu przyjechał nasz Romeo, a raczej Raffael(o), spóżniony jak przystało na prawdziwego Włocha. Wpakował nas i nasze graty do auta i wywiózł z upalnego miasta na bardziej przewiewne obrzeża, do miejscowości o nazwie, której nie pamiętam. Jego mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze niewielkiego budynku, na wprost którego znajdowała się mała stacja benzynowa. Zawsze lubiłam opary paliwa więc wzięłam to za plus. Od samego początku złapałyśmy świetny kontakt z Raffaelem, który tak przejął się swoją rolą gospodarza, że cokolwiek byśmy sobie zażyczyły On miał w swej lodówce/barku/gdziekolwiek.

IMG_20140813_155045[1]Po szybkim prysznicu i małej przekąsce pojechaliśmy na zakupy do marketu gdzie Raffaele dał nam wyczerpujący wykład na temat smakołyków regionalnych oraz różnych odmianach szynki.

Generalnie plan był taki, by wieczorem pojechać do centrum Boloni na drinka. Jednak tak nam było dobrze i wesoło we własnym towarzystwie, że koniec końców zostaliśmy w domu. Wypiliśmy za to sporo białego wina, wypaliliśmy trochę tego trochę tamtego i do końca wieczoru tańczyliśmy do piosenek z TV. Przed snem wzięłam jeszcze pół tabletki nasennej, którą dał mi Giovanni słysząc o moich problemach ze spaniem, ale długo trwało zanim zaczęła działać.

Okazała się ona jednak bombą ze spóźnionym zapłonem – nie dość, że spałam wieki to po przebudzeniu czułam się jak na najgorszym kacu w życiu, choć na honor ojczyzny mogę przysiąc, że niewiele wypiłam tamtego wieczoru. Raffaele przeżył niemały zawał ”googlując” nazwę tabletek. Okazały się bowiem cieżkimi psychotropami, więc nic dziwnego, że prawie zeszłam z tego świata o poranku. To co przywróciło mnie do życia to 2 filiżanki mocnej i nieziemsko słodkiej kawy, jajecznica, oraz genialny taniec Raffaela do muzyki Reagge. Resztę dnia spędziliśmy na relaksowaniu się w parku oraz zwiedzaniu Boloni przez szyby auta.

Raffaele był z nami przez cały czas w ciągu tych 2 dni i ani przez chwile nie miałyśmy go dość. W dodatku gotował rewelacyjnie i cokolwiek tylko sobie wymarzyłyśmy (rissotto, carbonara i inne włoskie przysmaki), wybaczył mi, że stłukłam jego ulubiony kielich z kryształu, odstąpił nam swoją sypialnie a sam zwinął się pod jakimś lichym kocem na niewygodnej sofie w pokoju gościnnym, zabrał w końcu do Bolonii na drinka i pokazał miejsca, o których turyści nie mają pojęcia. A na koniec strzelił focha stulecia, gdy zmęczona dniem pełnym wrażeń Gosia przesiadła się z przedniego fotela do tyłu i zasnęła. I jak tu zrozumieć mężczyznę???

Reklamy

Chwilowe pożegnanie z Weroną.

(Wklepując tytuł tego wpisu napisałam z początku ”..z Wenecją” tylko po to by zaraz zadać sobie pytanie ”Jaką cholera Wenecją???” A więc Weroną).

Podczas dwudniowego postoju w mieście Romea i Julii zrobiłyśmy sobie małą burzę mózgów (nie mylić z burzą małych mózgów!) i po sprawdzeniu pogody nad jeziorem Garda, która zapowiadała się fatalnie, postanowiłyśmy pojechać do Florencji zahaczając po drodze o Bolonię. Nie tylko ekspresowo znalazłyśmy gospodarza w Bolonii, który zaoferował nam nocleg, ale dojechałyśmy tam 1-szą klasą. Bo Giovanniemu w głowie się nie mieściło, że bedziemy podróżować drugą. Przy okazji zarezerwował nam też pociąg z Bolonii do Florencji i myślę, że gdybyśmy jeszcze wspomniały o Genowie to kolejny bilet miałybyśmy w kieszeni obcisłych szortów. Giovani stanął też na głowie by zorganizować nam ciekawy transport na dworzec, a tam odprowadził nas na peron by się upewnić, że nie zabłądzimy. Czyli zachował się jak prawdziwy tatuś.

Co do ciekawego transportu to myślę raczej o Gosi, która miała okazję po raz pierwszy przejechać się skuterem. Mnie natomiast odwiózł przyjaciel Giovanniego, całkiem przystojny 100% Rzymianin w średnim wieku, postawny i pewny siebie, co dało się zauważyć po zachowaniu na jezdni – jechał tak jakby był karetką na sygnale. Przy tym ”temperamentny” jak wulkan Wezuwiusz.

Pociąg miał standardowo opóźnienie więc dla zabicia czasu pstrykałyśmy sobie fotki w dziwacznych aranżacjach wzbudzając zainteresowanie oczekujących na ten sam pociąg Włochów. A potem gdy pociąg w końcu zajechał odbyla się kolejna sesja, tym razem przy wagonie pierwszej klasy. Tym razem wzięto nas za wariatki z Trzeciego Świata, a przynajmniej na to wskazywały spojrzenia pasażerów oraz konduktorów. Gwizdkiem przywołano nas do porządku więc wtaszczyłyśmy się czym prędzej do wagonu ledwo mieszcząc się w drzwiach przez wypchane plecaki. Na szczęście jeszcze nie biodra.

Ponieważ jechałyśmy pierwszą klasą nic godnego opisu się nie wydarzyło. Totalna nuda. Nasze współpasażerki (matka i córka) ledwo się do siebie odzywały zajęte czytaniem, aż zatęskniłam za podróżą w wagonie 2-ej klasy w pociągu wypełnionym Chińczykami. W niecałą godzinkę dojechałyśmy do Bolonii gdzie miał na nas czekać Raffaele, a wyszło na to, że to my na niego czekałyśmy, a ja wypatrzywszy faceta, który kogoś wyglądał podeszłam do niego i zaczęłam wmawiać, że (krótko mówiąc) jest Raffaelem i to na nas czeka. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że facet wziął mnie za niepoczytalną.