Special Tea..??

Special Tea..??

Nigdy nie dowiedziałam się co to jest ta ”special tea”, bo sklep był zamknięty. Domyślam się, że konceptem herbata zbliżona jest do ”szczęśliwej pizzy” w Kambodży lub ”kosmicznych ciasteczek” w Holandii…Ale mogę się mylić.

Reklamy

Obrazek

Ostatnie 24 godziny w Tajlandii – Bangkok.

Ostatnie 24 godziny w Tajlandii - Bangkok.

Dzisiejszy dzień – łącznie z godzinami wczesnorannymi – ogłaszam dniem tortur i upokorzeń. A miało być tak miło…

Około 20:30 poprzedniego wieczoru wrzucili nas do dziwnego autokaru, w którym na dole znajdowało się coś w rodzaju loży dla vip-ów. Na początek poszłam na górę i miałam całkiem wygodne siedzenie, ale jakieś podpite towarzystwo zdominowało autokar i po godzinie łupania ”umc-umc-umc” byłam bliska szału, więc zeszłam na dół i ulokowałam się na małej powierzchni sofy gdzie jeszcze do pierwszego postoju o północy udało mi się rozprostować nogi dzięki uprzejmości Francuzki siedzącej po mojej prawe stronie.

Ale siedząca po lewej Hiszpanka koniecznie chyba chciała utwierdzić mnie w i tak już głębokim przekonaniu, że Hiszpanki nie są do końca normalne. Więc jeszcze w czasie postoju wróciła ze swym ”Enrycze” do autokaru, jak dwa karaluchy, sama usiadła na jego miejscu zajmując dwa fotele, a on rozłożył się na połowie kanapy, tak, że ani ja ani Francuzka nie miałyśmy co liczyć na normalna noc. Burak wypiął się tyłkiem i zasnął jak dzidzia, a ja zostałam z perspektywą siedzenia w skulonej pozycji z podkurczonymi nogami aż do piątej rano. Żeby dodać sobie otuchy myślałam o masażu, którym postanowiłam zrekompensować sobie tamte niewygody. Kombinowałam też jakby tu wbić się na fotel obok Hiszpanki, widząc, ze siedzi już tylko na jednym.

Okazja nadarzyła się gdy oboje się przebudzili. Wtedy to zaproponowałam Enrycze (wychodząc z założenia, że z facetem lepiej się sprawę załatwi) iż chętnie usiądę na fotelu żeby mógł sobie nogi rozprostować (sprytne podejście!). Ale ”Paloma” rzuciła mi takie spojrzenie, że jeszcze bardziej wbiło mnie w sofę. Enrycze okazał się bardziej ”przyjazny”, bo tylko podziękował za moją ”troskę” (tu chodziło o moja wygodę chłoptasiu) i zapewnił, że jest OK. Niestety!

Na szczęście czas szybko minął tej nocy i w końcu wyrzucili nas niedaleko słynnej dzielnicy Koh san road, a na nas czekali już z nosami przyklejonymi do zewnętrznej szyby autokaru kierowcy taksówek i tuk-tuków, witając wylewnie. Tym razem szybko udało mi się ich odgonić i ślizgając się po błocie powstałym po wodnych walkach i śmieciach oraz próbując nie zwymiotować od niemożliwego smrodu podreptałam bez celu w kierunku Koh san road. Dzięki życzliwości pijanych właścicieli jednego z hosteli, mogłam skorzystać z internetu, by dowiedzieć się o połączenie autobusowe miedzy KSR a Lumpini, gdzie znajduje się hostel Evana.

Chwilę potem jechałam uradowana autobusem nr 15, aż do momentu gdy wyrzucili mnie kawał drogi od hostelu. Po drodze mijałam pole biwakowe protestantów i na moment przeszło mi przez myśl by zajść na darmowe śniadanie, ale tu smród także był odrzucający.

Wiedząc, że Evan nie jest rannym ptaszkiem postanowiłam zajść do mego baru na kleik ryżowy i pech chciał, że na moście nad autostradą spotkałam swego wielbiciela (tak, tak: ten stary pijaczyna, na zdjęciu), który bezwstydnie – nie oglądając się na innych – zawołał ”Do zobaczenia dziś wieczorem! ” Bo tak się składa, że zawsze o tej samej porze wieczorem mijaliśmy się w tym samym barze. No i rzeczywiście był tam potem tego wieczoru…

Gdy Śpiąca Królewna czyli Evan w końcu otworzył mi drzwi, pod którymi siedziałam jak bezdomna jakieś pół godziny, ja ledwo stałam na nogach ze zmęczenia. Udało mi się trochę zdrzemnąć ale już po 11 miałam pobudkę w postaci klepiącej bezsensownie i głośno do telefonu tajskiej sprzątaczki, a że był to mój ostatni dzień więc było mi wszystko jedno. Już kiedyś wspominałam, że ściany w pokoju są ”dziurawe” a babka, dając mopowi odpocząć usadowiła się wygodnie pod moją sypialnią i trajkotała jak maszyna. Wysunęłam się z pokoju i ze stanowczością na twarzy przyłożyłam palec do ust dając do zrozumienia, że ma być cicho. I stał się cud – babka skończyła tą niesamowicie ważną dyskusję i wróciła do sprzątania.

Ale ja już nie mogłam ponownie usnąć więc zabrałam się za pakowanie. Jakbym nie dość miała wrażeń tego dnia to z walizki, spod ciuchów, wylazł wielki karaluch, którego dla dobra innych zdeptałam. Mam cały czas nadzieję, że już nic innego mi tam nie wlazło. Gdy spytałam Evana o wagę, by zważyć walizę, on zasugerował bym skorzystała z wagi ulicznej, z której dowiem się też swojej wagi (czy coś sugerujesz ”przyjacielu”?)

Potem wybrałam się na masaż, który okazał się najgorszym i najbardziej bolesnym (mimo dwukrotnej prośby o delikatny masaż) i jedyne co przychodzi mi do głowy to, że babka uczyła się ”sztuki masażu” na youtube, a oprócz tego miała bardzo zły dzień. A może to czysta ”karma” czyli zemsta losu za zdeptanie karalucha? Tym razem nie dałam napiwku. Ona nawet ignorowała moje prośby o delikatniejszy ucisk oraz łzy napływające mi do oczu. Prawdziwa sadystka.

I tak oto minął mi ostatni dzień w tym rajskim kraju, a jutro wyruszam na podbój Dubaju. Do usłyszenia!

Obrazek

Jedziemy pociągiem trzeciej klasy do Hua Hin

Jedziemy pociągiem trzeciej klasy do Hua Hin

Było to jakiś czas temu. Po zrobieniu śledztwa w internecie decyduję się na ta opcję nie ze względu na niską cenę (bo za tortury się nie płaci), ale z ciekawości. Chyba trochę się zdziwiłam, że nie wpakowali nas do wagonu ze zwierzętami, ale pociąg obowiązkowo spóźnił się pół godziny. Dworzec w Bangkoku znów pozwolił mi się cofnąć w czasie, tym razem aż do połowy XIX wieku.
IMG_20140321_091742

Busem dojechałabym w dwie lub dwie i pół godziny, ale jazda pociągiem przypominała kilkugodzinny poród. Klimatyzację miały zapewniać wiatraki wbite w sufit oraz okna bez szyb, ale jedyne co robiły to hałas, a siedząc przy oknie po kilku godzinach twarz miałam tak usmarowaną jakbym z kopalni wyszła. Siedzenia były twarde a przerwa miedzy nimi była tak mała, że przy moim wzroście musiałam walczyć o miejsce na nogi ze staruszką siedzącą na przeciwko.
IMG_20140321_094445

W pewnym momencie dosiadła się wycieczka japońskich nastolatków wyposażonych w różne gadżety i dziwaczne przekąski. Jeden z nich zdobył się na odwagę i poprosił mnie o wspólne zdjęcie choć ukradkiem zdążył już pstryknąć mi kilka fotek, muppet. Wymieniliśmy się adresami email, bo chciałam mieć to zdjęcie i wkrótce też zostaliśmy ”przyjaciółmi” na facebook. Z facebook dowiedziałam się też, że jego życiową pasją jest spanie….

Gdy w końcu dobiliśmy do Hua Hin była pora lunchu co dla mnie znaczy talerz ryżu i smażone jajko, ale tym razem postanowiłam wprowadzić trochę egzotyki do mojego monotonnego jadłospisu i dorzuciłam do tego smażone warzywa. Gdy właścicielka bezdusznie rzuciła mi talerz na stół spytałam ją przy okazji o jakiś niedrogi nocleg w okolicy. Ku mojej radości okazało się, że ma ona pokój z łazienką za grosze, ”pięć” minut piechotą od plaży. Zleciła swej pracownicy by ta zabrała mnie motorem na oględziny, a mnie popędzała bym szybciej jadła. Wróciły wspomnienia z dzieciństwa. Gdy przejechałyśmy dobre kilka kilometrów zaczęłam się zastanawiać gdzie tak naprawdę jest ta plaża, bo jeśli tam gdzie mi powiedziano, to byłam dobre pół godziny żołnierskiego marszu od wybrzeża. Musiałam podjąć szybka decyzję zanim dziewczyna zwiała na motorze: NIE. Zanim jednak wyruszyłam na dalsze poszukiwania wpadłam do baru by podzielić się z babka moim ”odkryciem”, na co ona bezczelnie zaśmiała mi się w twarz. Co za kobieta – nie tylko kłamczucha to jeszcze kiepska kucharka.

Na szczęście zagadałam po drodze do właściwego człowieka, który nie tylko polecił mi fajny hotelik to jeszcze pozwolił skorzystać z telefonu i powiedział jak dojść. Hotel nazywał się Damrong, z przemiłą obsługą, 10 minut do plaży i nawet nie pól minuty do fantastycznego marketu gdzie bez problemu dostałam kleik ryżowy z surowym jajem i utartym imbirem. Co prawda ręczniki powinny trafić już dawno na śmietnik lub na szmaty do podłogi, ale za to łazienka była zielona jak landrynki miętowe a woda leciała całkiem niezłym strumieniem.

Po dwóch dniach postanowiłam wrócić do Bangkoku ale tym razem minivanem. W momencie gdy wsiadałam do auta spadły pierwsze krople deszczu. Przez pierwsze 20 minut byłam jedyną pasażerką, ale moje szczęście zburzyło tajskie małżeństwo, a właściwie tylko ”żonka”, która zamiast obok męża usadziła się obok kierowcy i trajkotała jak stara przekupa przez bite dwie godziny, a jej głos był tak świdrujący, że nawet z zatkanymi uszami słyszałam te jej klepanie trzy po trzy i mało nie ogłuchłam podkręcając muzykę w telefonie na maksimum. Podczas jej trajkotania facet zdążył wtrącić jakieś dwa zdania, ale szybko go zgasiła.

Obrazek

Klątwa Puk

Klątwa Puk

No bo nie wiem już jak to tłumaczyć! Moje szczęście nie trwało zbyt długo – właściwie prysnęło gdy tylko zbliżyłam się do plaży w Songkhla. Tak zaśmieconej wody i plaży osobiście w życiu nie widziałam, mętne fale wyrzucały wszystko, mydło i powidło. Pomoczyłam tylko stopy choć nie wiem czy to był dobry pomysł i nie skończy się jakimś choróbskiem.

Siedząc na plaży postanowiłam, że nie ma co dłużej zostawać – trzeba znaleźć inną plażę, a do tego czasu także inną rozrywkę. Nie chciałam wracać do hotelu, więc choć nie miałam pieniędzy poszłam na zakupy. Przypomniało mi się, że nie mam odpowiednich butów na przedstawienie w Dubaju i wątpię, że wpuszczą mnie w hippisowskich japonkach. Ale szybko zapominam o powyższym dylemacie gdy na horyzoncie pojawia się gar mojego ulubionego kleiku ryżowego, który w dodatku kosztował mnie tylko złotówkę za miskę. Po powrocie do Bangkoku będę musiała poważnie porozmawiać z szefem mojego baru, bo ten ściąga ze mnie dwa złote.

Oprócz tego, że obok mego stolika przebiegł karaluch, to nic ciekawego się raczej nie wydarzyło tego wieczoru. Z nudów zaczęłam zagadywać do ”białych” ale po wymianie kilku słów na temat pogody i brudnej plaży każdy rozszedł się w swoją stronę. Po drodze sprawdzam stan konta w bankomacie i widzę, że na tacie można polegać. Więc po powrocie do hotelu od razu bukuję bilet w dwie strony na Islandię na początek maja, gdzie przez 3 miesiące poświęcę się niezobowiązującej pracy w gastronomii by załatać dziurę w budżecie i zarobić na kolejne podróże oraz powrót do Azji. Mimo szoku, który czeka mnie na Islandii po kilkumiesięcznym pobycie w krajach azjatyckich, po rozmowie z siostrą cieszę się strasznie na ten wyjazd. Tym bardziej, że siostra ma toster.

Obrazek

Papaya salad

Papaya salad

Po rozmowie ze znajomym w Malezji daje się namówić na kolejny spontaniczny wypad i po drodze do Bangkoku zatrzymuję się na trochę w Hatyai na południu Tajlandii. Głównie dlatego, że pogoda i okoliczności w Malezji nie dopisały i nigdy nie zanurzyłam się w tamtejszych wodach choć tym razem targałam dwa komplety bikini i duże opakowanie kremu do opalania. Poza tym dostaję namiary do jego przyjaciółki Puk, która gości mnie za darmo i przedstawia swoim siostrom: Pak, Pui i Pam. Już po przyjeździe okazuje się, że wszystko jest zaplanowane, siostry są szalone, plus ciężko mi zrozumieć ich angielski więc godzę się na wszystko. Jeszcze nie wiem co mnie czeka. Tego dnia poznaje też całą wieś pod Hatyai gdzie pojechałyśmy tylko ‘’na kawę’’ do siostry Puk, a przez resztę popołudnia uczę się też ich imion i próbuje zapamiętać która jest która. W ramach rozrywki Puk wysyła mnie w pole bym sprawdziła czy ananasy dojrzały, po czym idziemy szukać dojrzałych mango, ale wracamy z pustymi rękoma. Nie mogąc zapamiętać imion sióstr ”P” trzymam się założenia, ze najważniejsze to pamiętać, która to Puk.

Nadszedł też w końcu ten dzień a raczej wieczór, że trzeba było zachować się odpowiedzialnie i sprawdzić stan konta w bankomacie, tym bardziej, że czekają mnie nowe wydatki i to w tysiącach. Kwota, która pojawiła się na ekranie wprawiła mnie w takie osłupienie, że musiałam przysiąść na ławce obok i odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Gdybym nie zapodziała danych logowania do konta internetowego nie byłoby może żadnych niejasności, ale w bankomacie to zupełnie inna historia! Pokazała się kilkucyfrowa suma przedzielona przecinkami, których nawet internetowy przelicznik walut nie potrafił rozszyfrować. Jedyne co przychodziło mi do głowy to albo jestem ‘’milionerką’’ albo bankrutem, którego już tylko stać na 2 drożdżówki i kawę w cukierni dla klasy średniej.

Pech chciał, że Puk uparła się bym koniecznie spróbowała słynnej tajskiej sałatki z papai tego dnia. Koniecznie w restauracji. I jeśli myślicie, że skończyło się na talerzu sałatki to jesteście w błędzie (ja też byłam naiwna!). Dlatego tego wieczoru przyjęłam opcję pierwszą czyli, że stać mnie nawet na kupno restauracji. Pojechałyśmy tam w szóstkę i mimo, że krótko wcześniej zapchałyśmy się ‘’majonezową’’ pizza Puk, frytkami i innym fast foodem dziewczyny zamówiły tyle jedzenia, że miałam ochotę zamordować kelnera, który co chwilę coś nowego przynosił. Jedzenie było super ale znów poczułam się jak w Chinach gdzie wszystkiego było zawsze za dużo na stole. Jednak w przeciwieństwie do Chin nic tu nie ociekało tłuszczem, za to dostarczało nowych wrażeń smakowych. Wszystkiego oczywiście ‘’musiałam’’ spróbować i każda z sióstr nakładała mi na talerz używając łyżki, którą jadła (i zapewne też oblizała).

Potem przyszedł rachunek i jestem bardziej niż pewna, że podczas mej 2 miesięcznej tułaczki po Azji nie wydalam tyle na jedzenie w barach. Przynajmniej licząc Tajlandie. Mimo to i mimo protestów dorzucam się Puk w połowie do rachunku, uśmiechając się przy tym jak Paris Hilton płacąca za kolejna torebkę Prady. Po powrocie do domu dalej próbuje rozszyfrować zagadkę miesiąca ale nic się nie klei wiec przyklejam głowę do poduszki i próbuje spać mimo nocnego trajkotania Puk i Pak, które doprowadzało mnie do szału i utrudniało zaśnięcie.

Mimo, że istnieje ryzyko, iż jestem kompletnie spłukana, następnego dnia daje się prowadzić do najdroższej kawiarni w miasteczku i jedyna pociechą jest fakt, że dostaje herbatę gratis. Pocieszam się też faktem, że powietrze jest za darmo, a przez to, ze trzymam się sióstr ‘’P’’ noclegi i jedzenie też mnie nie kosztują. Oczywiście taka długo jak długo będę jadła fast-food w barze Puk. W kawiarni wpadam na pomysł by poprosić o męską pomoc i dzielę się swoim dylematem ze znajomym, który na pewno ma lepszy przelicznik w głowie i który jest obeznany z tajska walutą. Oprócz tego chowam dumę do kieszeni i po raz pierwszy od wielu lat proszę rodziców o pożyczkę, choć wiem, że czeka mnie ciężka przeprawa, nie tylko za to, że możliwe ‘’przehulałam’’ skromne oszczędności na podróż życia, ale też za to, że smsa wysłałam tacie w środku nocy. Nie wiem co gorsze. Teraz pozostaje tylko czekać i modlić się do Buddy o złoty deszcz.

Obrazek

Podróż i pierwszy dzień w Malezji

Podróż i pierwszy dzień w Malezji

Po raz kolejny sprawdziło się moje ‘’porzekadło’’, że to przed czym uciekamy dopadnie nas prędzej czy później. Na wybór towarzystwa w przedziale nie miałam wpływu, a tak się stało, że trafiła mi się tajsko-chińska rodzinka, na którą składali się dziadkowie z wnuczkiem. Chłopak miał około 13 lat i musiał być ich oczkiem głowie bo cokolwiek nie zrobił to oni pękali z dumy. Nawet jak niezdarnie rozdziabdział dżem na toście czy rozlał cole. Pół drogi głowiłam się nad zagadką powiązań genetycznych, bo smarkacz wyglądał ewidentnie jak Chińczyk za to dziadkowie, a przynajmniej babcia to Tajka pełną gębą. Nie ma też mowy o adopcji bo dzieciak to kubek w kubek wykapany dziadek. Ale to tak na marginesie.

Więc po czym poznałam chińską krew? Po tym, że nie oglądając się na nikogo katowali nas -a przynajmniej mnie- piosenkami z zamierzchłej epoki (czasy młodości dziadka jak się domyślam), przy czym najgorsze w tym było to, że dziadek wtórował fałszywie i zagłuszał oryginalnego wykonawcę. Babcia bez opamiętania dłubała w nosie co odebrało mi apetyt na cokolwiek. Miałam ją prosić by podała mi menu pociągowe, które leżało na jej stoliku, ale po tym jak wszystkie palce miała zajęte odpuściłam sobie. Potem zaczęło się mlaskanie i inne odgłosy świadczące o tym jak bardzo smakował im obiad serwowany w pociągu. Na szczęście zaraz po obiedzie rozłożono nam łóżka i od tej pory przeszkadzało mi już tylko chrapanie dziadka (a może babci?).

Tego samego wieczoru idąc korytarzem zostałam zaczepiona przez dwie przesympatyczne rodowite Tajki, które zaprosiły mnie do ‘’siebie’’ na sofkę sprawiając, że czułam się prawie jak u Oprah Winfrey. I pomyśleć, że za jakieś 20 dni nikt nie poprosi mnie już o wspólne zdjęcie ani nie zaprosi na wystawny obiad tylko dlatego, że jestem z Zachodu. Trudno będzie wrócić do szarej rzeczywistości przeciętnego człowieka gdy było się ‘’celebrytą’’ przez osiem miesięcy. Rano wszystko wróciło do ‘’normy’’ w moim przedziale: dziadek bezlitośnie i jeszcze głośniej zawodził, a babcię totalnie pochłonęło dłubanie w nosie. Tym razem siedziała naprzeciw mnie w bliskiej odległości i naprawdę doprowadzało mnie to do szału. I gdy tak na nią klęłam, ona okazała mi serce i brudna łapką wręczyła paczkę mini-wafelków z kremem kakaowym oraz kilka psujących się mandarynek, myśląc zapewne, że nie mam nic do jedzenia. Ze względu na barierę językową oraz MOJE dobre wychowanie nie wspomniałam jej, że od wczoraj nie mam apetytu przez JEJ brak dobrego wychowania.

Przeprawa na granicy Tajlandii i Malezji była nie tylko szybka ale i bez korupcji. Powiało nudą… Ale gdy po odprawie wróciłam z powrotem na peron czekała mnie ‘’niespodzianka’’: nigdzie nie było mojego wagonu, w którym zostawiłam wodę i przekąski. Razem z innym podróżującym staliśmy chwile z głupim wyrazem twarzy po czym zaczęliśmy bezsensowne gdybanie, co stało się z naszym pociągiem? Do lokomotywy doczepione były tylko 2 wagony i pociąg szykował się do odjazdu. Wskoczyliśmy do tego co było, godząc się z faktem, że przez następne 3 godziny możemy pomarzyć o kropli wody. Na swoje nieszczęście Jeff właśnie schrupał całe opakowanie słonych Pringles i umierał z pragnienia.

W Malezji przywitały mnie ciężkie chmury wiszące w oddali nad George Town, oraz brak powietrza – do czego zdążyłam już przywyknąć. Tego popołudnia gdy relaksowałam się na tarasie ‘wodnego domku’ mojego gospodarza, lunął taki deszcz jakiego chyba w życiu nie widziałam. To co się działo na zewnątrz zapowiadało Arkę Noego 2. Od tej pory padało codziennie.

Pierwszą noc spędziłam więc w hotelu, w którym nie tylko czułam się jak w tanim hinduskim motelu, ale też z którego kazano mi się zaraz na wejściu wynosić. Tak się złożyło, że nie miałam wystarczającej sumy na opłacenie pokoju i znajomy zaoferował, że wyłoży za mnie pieniądze. Podrzucił mnie do hotelu swej ‘’przyjaciółki’’ (która pomimo ‘’przyjaźni’’ nie spuściła ceny za tą norę), po czym odfrunął na swoim motorku zapominając o uiszczeniu opłaty.

Nie zdążyłam dobrze torby postawić na ziemi gdy recepcjonista zaczął mi się dobijać do pokoju wrzeszcząc ‘’siostro! Pieniądze!’’. Nie zagłębiając się w kwestię ewentualnego pokrewieństwa próbowałam mu grzecznie wytłumaczyć, że zapłacę rano i że nie mam przy sobie gotówki. Wtedy odbiło mu już zupełnie i kazał mi się wynosić na ulicę. Miałam dużo szczęścia, że facet wyglądał jak wygłodzony wróbel bo w przeciwnym razie wyleciałabym z hukiem, zwłaszcza po tym jak spytałam go czy ewentualnie mogę jeszcze wziąć prysznic. Przez ten incydent dowiedziałam się czegoś o Malezji: tu w biznesie nie ma przyjaźni.

Naprzeciwko mego hotelu kręcono tego wieczoru jakiś Bollywoodzki film, więc przystanęłam na chwilę by popatrzeć na to niecodzienne zjawisko. Ale ponieważ byłam tam jedyną białą kobietą, w dodatku letnim podkoszulku i krótkich szortach to po chwili wszystkie czarne ślepia były utkwione we mnie. Tym razem jednak było w nich coś wrogiego i ‘’zdegustowanego’’, więc obawiając się o ewentualne ukamieniowanie wróciłam do swojego ponurego pokoju, tylko po to by odkryć, że żadna z moich wtyczek nie pasuje do ich kontaktów. Oprócz tego, gdy w porze lunchu poszłam do poleconej mi kafejki by skorzystać z internetu, zaserwowano mi jedną z najobrzydliwszych kaw jakie kiedykolwiek piłam.

Po jednym tylko dniu miałam dość Malezji i zatęskniłam za słoneczna Tajlandią. Nawet za Evanem, który- choć ukradł moje banany- to jednak pozwala mieszkać za darmo i płacić ‘’przy okazji’’. Oprócz tego od prawie miesiąca przechowuje moje torby nie chcąc za to ani grosza i wita czymś w rodzaju ‘’uśmiechu na twarzy’’ za każdym razem gdy wracam z powrotem z moich kilkudniowych wypadów poza Bangkok.

Obrazek

Czas na Malezję!

Czas na Malezję!

Gryzą mnie od wczoraj wyrzuty sumienia po tym co napisałam o protestantach w Bangkoku. Przypadkowo znalazłam się tam znowu (wsiadłam do pierwszego autobusu który nadjechał) i byłam świadkiem wielkiego happeningu i marszy. Zabawne, pomyślałam sobie, że prawdopodobnie wytrzeźwieli i ruszyli tyłki. Potem dowiedziałam się od Evana o dzisiejszych wyborach i że od wczoraj nie ma sprzedaży alkoholu, by ludzie szli trzeźwi do urn. O tym, że nie można kupić alkoholu poinformował mnie gdy wychodziłam wieczorem do sklepu po lody. Nie wiem kiedy wyrobiłam sobie złą opinie..

A jednak spotkała mnie kara za rządzenie się w kuchni i lodowce Evana: zeszłam tam rano po moje banany ale te tajemniczo zniknęły. Miałam duże szczęścia, że na rogu ulicy stała babka z owocowym straganikiem i ostatnią kiścią bananów. Wszystko poza tym zamknięte, z wyjątkiem oczywiście tajskiej ‘’Żabki’’.

Facet od domku w dżungli nie daje mi spokoju od kilku dni więc dla świętego spokoju godzę się na 1 noc w dżungli. Najbardziej przekonała mnie prywatna plaża nieopodal i woda kokosowa bez ograniczeń oraz poranna joga i lekcje Tai Chi. Ponieważ nie ma tam bieżącej wody i zapewne szaleniec wypełni mi kompletnie czas swymi rozrywkami, dlatego już wczoraj zrobiłam sobie paznokcie malując na rubinowo (‘’a kogo to w dżungli obchodzi?’’) oraz inne zabiegi piękności. Spakowałam wielką torbę bo już sama nie wiem jak długo posiedzę na wyspie Penang, tym bardziej, że na zaproszenia i darmowe noclegi nie mogę narzekać. W dodatku 40-stopniowe upały w Bangkoku powoli odbierają mi chęć do życia i jedynym rozsądnym pomysłem jest trzymanie się plaży i wody. Jeszcze nie wiem jaki naprawdę okaże się mój pociąg do Malezji ale zdjęcie znalezione w internecie odpowiada temu co mi obiecano.

Obrazek

Previous Older Entries